Jeden

Znienacka minął jeden rok niespiesznie. Jeden rok spotkań, zmagań z materią słowa pisanego i nieuczesanych myśli. Dwadzieścia trzy notki, w tym osiemnaście omówień książek i cztery  czasopism. Dwa miesiące milczenia. Podczytując archiwum zauważam drobną ewolucję nieśmiałych, początkowych notek, aż do bardziej wnikliwych i rozbudowanych spostrzeżeń.  Podsumowując, dziękuję wszystkich podglądającym stale i przelotnie. Nie, to nie pożegnanie ale zebranie myśli przed kolejnymi spotkaniami, na progu początku roku drugiego. Wciąż wiele we mnie ciekawości i nieposkromiony głód pisanego słowa. Mam nadzieję, że ta ciekawość będzie zaraźliwa 😉

Jeden-trasa

źródło obrazka: tu

Wbrew wszelkim modom wyznaję: lubię poezję. Choć jestem jej wybrednym czytelnikiem. Nie jestem jej znawcą, nie potrafię obiektywnie oceniać – działam intuicyjnie, jeśli chodzi o dobór autorów i czytanych tomów. Unikam długich rymowanych form, rozbudowanych metafor, szukam lekkości, niedopowiedzeń, przestrzeni. Wszystko to, co lubię w poezji znajduję, między innymi, u Marcina Świetlickiego. Wiele radości na progu lata sprawiła mi jego nowa książka „Jeden”. Nie pokuszę się o jej omówienie, Dawid Dziwosz na READ_EAT_SLIP zrobił to ciekawie i wyczerpująco. Podzielam jego zdanie i odsyłam do tego dobrego tekstu. Na koniec (choć koniecznie polecam rozsmakować się w całości)  tylko jeden wiersz z tego tomiku na dziś – 11 lipca:

11 lipca

Tysiące zaskakujących
historii o udanych pointach.
Nade mną chmury,
Kołujący żuraw.
Słońce daje popalić.
 
I dobrze mi tak, tak mi źle.
 

Jeden, Marcin Świetlicki, Wydawnictwo EMG, Kraków 2013

Reklamy

Kochanie, zabiłam nasze koty

Kochanie_zabiłam_RGBRzeczywistość mojej powieści jest jak scenografia z dykty. Parodia pretensjonalnego teatru, ale i amerykańskiej powieści z serii wydawniczej ”Salamandra” z pokrojonym w plasterki sercem na okładce.*

Tak o swojej najnowszej powieści Kochanie zabiłam nasze koty wypowiadała się jej autorka Dorota Masłowska w jednym z wywiadów, których w ilościach wręcz hurtowych udzielała podczas wprowadzania książki na rynek wydawniczy. To moje kolejne spotkanie z prozą Masłowskiej i chyba nieco bardziej udane niż zmaganie zakończone porażką czytelniczą w związku z książką Woja polsko-ruska… Przyznaję, że prawdopodobnie znów nie sięgnęłabym po jej książkę, gdyby nie zaintrygowałyby mnie wywiady z autorką na łamach prasy i zasłyszane w radiu.

Według autorki powieść ma być swego rodzaju satyrą na czasy współczesne, dokładną obserwacją wraz z wytknięciem jej wad i  śmieszności. „Akcja” powieści toczy się poza Polską w dużym mieście przypominającym kształtem wizję metropolii znanych z amerykańskich seriali. Postacie głównych bohaterek Fah i Jo, to też jakby cienie wyobrażeń filmowych postaci. Na kolejnych kartkach poznajemy ich jałowe życie, dręczące koszmary i obsesje, mierność pracy i relacji. Trudno jest opisać akcję powieści, bo właściwie nie ma jej wcale. Jako postacie epizodyczne pojawia się jeszcze Go – symbol alternatywy, która już nie jest wcale alternatywna i samej autorki  – pisarki cierpiącej na twórczą niemoc.  Wszystko przeplatane jest  snami głównych bohaterek, gdzie granice rzeczywistości już zupełnie się zacierają.

Po przeczytaniu tej książki mam mieszane uczucia. Czy mogę polecić tą książkę do przeczytania? Z powodu języka na pewno tak. Książka napisana jest znakomicie. Masłowska ma swój styl i język, którym świetnie się posługuje.  Jednak nie mogę powstrzymać się od wrażenia, że książka ta „nie dotyka mnie”. Wskazuje ale nie analizuje, nie zadaje pytań, nie porusza. Jest napisana z pozycji autora-beznamiętnego obserwatora. Mam wrażenie, że ten zabieg powoduje również przydzielenie podobnej roli czytelnikowi. Nie wiem, czy winę za ten stan ponosi sama książka, czy może moje osobiste nastawienie do prozy tej autorki. Być może znów, tak jak w przypadku wymienionej wyżej książki, adaptacja filmowa okaże się dla mnie idealną formą przyswojenia jej prozy. Czas pokaże.

Moim zdaniem zdecydowanie lepiej poradził sobie z podobnym tematem Piotr Czerwiński w książce Pigułka wolności, ale o tym kolejnym razem.

Ps. Ciekawa recenzja książki Masłowskiej na blogu Z tekstu.

* Dorota Masłowska: jestem Bogiem rzeczy małych, W: Wysokie Obcasy nr 42 (697) z 20.10.2012 roku

 Kochanie, zabiłam nasze koty, Dorota Masłowska, Noir Sur Blanc, Warszawa 2012