Póki pies nas nie rozłączy

Poki-pies-nas-nie-rozlaczy_Romuald-Pawlak Większość lata to dla mnie słodkie oczekiwanie na wolne dni. Najczęściej termin urlopu wybieram w sierpniu, by jak najdłużej cieszyć się perspektywą wolności. Oczywiście, że tęsknię już za odpoczynkiem i w takich momentach przychodzą mi z pomocą tak zwane „wakacyjne książki”: nieco lżejsze, niewymagające tyle zaangażowania i uwagi, a pozwalające oderwać się myślami od codzienności.

Tego rodzaju książką jest Póki pies nas nie rozłączy Romualda Pawlaka. Ot, lekka historia o parze trzydziestolatków: Michał jest dziennikarzem w lokalnej gazecie, Renia pracuje w osiedlowym sklepie. Mieszkają w niewielkim mieście, są parą jakich tysiące, już kilka lat razem ale wciąż na progu decyzji, co dalej. W ich życiu, za sprawą Reni, pojawia się pies – czarny pudel Egon. Jak dowiadujemy się ze wstępnego rozdziału, zostaje przysłany z pewną misją do tej pary, by pomóc im uporządkować relacje i uświadomić, co tak na prawdę jest ważne dla każdego z nich. Przyznam, nie jest to wielka literatura ale może nie zawsze o to chodzi. To ciekawa i fajna historia opowiedziana w większości z męskiej perspektywy głównego bohatera.

Tak naprawdę sięgnęłam po nią, bo zaciekawił mnie tytuł. Tak jakoś się złożyło, że los powiązał książkową fikcję i moje życie. Od pewnego czasu mamy psa. Czytając ją odnajdywałam nas – psich zastępczych rodziców, w kolejnych etapach poznawania nowego pupila, który stawał się częścią naszej „rodziny”. Nie planowaliśmy tego, Misia to znajda, która prawdopodobnie została wywieziona gdzieś do lasu i cudem ocalała dokarmiana przez siostry zakonne prowadzące Diecezjalny Dom Kultury. Trafiła do nas przez moją koleżankę z pracy. Od dnia, w którym jest z nami, nasze życie bardzo się zmieniło i ciągle zmienia. Dokonała przewrotu w utartych szlakach codziennej rutyny, dzięki niej poznaliśmy nowe miejsca i ludzi. Wiele się nauczyliśmy i wciąż uczymy.

Posiadanie zwierza w domu oznacza dla mnie również zmianę patrzenia na świat, prowokuje do myśli i dyskusji na temat miejsca człowieka i zwierzęcia w świecie. Wciąż mam gdzieś w głowie refren piosenki Łony i Webbera „patrz trochę szerzej”*, dlatego „z dnia na dzień żeby wzrok przywykł, uczę moje dni zmiany perspektywy”* i staram się wciąż wysilić bardziej, by lepiej zrozumieć ten problem. Skłania mnie to, nie tylko do sięgnięcia po kolejne lektury ale również prowokuje do baczniejszej obserwacji swojego życia pod tym kątem. Zastanawiam się nad swoją dietą, wyborami konsumenckimi lub zachowaniem. To dobre przebudzenie i dopiero początek drogi.

W książce Romualda Pawlaka główną misją Egona (wyznaczoną mu przez Pana Stworzenia), była pomoc w naprawie związku Reni i Michała, uświadomienie im jak ważna jest ich relacja i emocje. Z własnego doświadczenia wiem, jak często pupil wciela się w rolę domowego mediatora. Jedną z takich sytuacji opisuje w artykule „Pieskie życie królewskie” Ignacy Karpowicz: „(…) po domowej awanturze. Każdy siedzi obrażony w swoim pokoju i to właśnie suka Stella podejmuje trud pogodzenia członków rodziny. Snując się od jednej osoby do drugiej, popiskując oraz – to także bardzo ważne – wyglądając komicznie, doprowadza do zawieszenia broni”.** Odsyłam do całego artykułu z najnowszego numeru „Książek”, w którym autor opisuje, przywołując mniej lub bardziej naukowe teorie, swoje „psie” historie.

Polecam książkę i artykuł, nie tylko na wakacyjne dni i nie tylko dla właścicieli czworonogów. Na zakończenie mój ulubiony cytat z tej książki i zdjęcia naszej Misi do obejrzenia między innymi tu i tu:

„Tworzyli najdziwniejsze stado na świecie, ale kiedy byli we trójkę, świat stawał się trochę lepszy” (s.284)

Dobrych, letnich dni 🙂

Romuald Pawlak, Póki pies nas nie rozłączy, Wydawnictwo „Nasza księgarnia”, Warszawa 2011

* Łona i Webber, piosenka Patrz szerzej z płyty: „Cztery i pół”

** Ignacy Karpowicz, Pieskie życie królewskie, W:  „Książki. Magazyn do czytania”, s. 30.

Reklamy

Wilczyce

wilczyce-aneta-borowiec-1

Na okładce czarno białe zdjęcie – biegnąca po ścieżce postać dziewczynki w białej letniej, sukience, różowy kolor otaczający białe napisy tytułu – zdecydowanie mogłam się spodziewać, że sięgam po książkę należącą do tak zwanej „literatury kobiecej”. W tym wypadku się nie myliłam, jednak już tytuł powieści Wilczyce zmylił mnie kompletnie. Spodziewałam się kolejnej opowieści skrojonej na miarę serialowego Seksu w wielkim mieście: kilka wyzwolonych, młodych kobiet zmagających się z życiem w dużej metropolii. Autorka Aneta Borowiec zgotowała nam – czytelnikom niespodziankę, gdyż Wilczyce to nazwa miejscowości, w której mieszkają dziadkowie książkowej postaci – Natalii Niekomskiej, do których często jeździła jako dziecko. Główna bohaterka powieści ma około trzydziestu lat, mieszka w mieście, ma niewielkie grono przyjaciółek i narzeczonego. Na tym jednak kończą się podobieństwa do serialowych bohaterek. Sama autorka przyznaje: Nie bardzo mnie interesują tak wyzwolone kobiety, te mniej wyzwolone są dużo ciekawsze.* Prawdopodobnie dlatego Natalia pracuje w archiwum, a swój zawód traktuje jak powołanie, prowadzi zdrowy tryb życia, marzy o dużej rodzinie, nie lubi niespodzianek, ani zmian.

Zanim Natalia trafia ponownie do tytułowych Wilczyc, poznajemy jej trudne relacje z matką, problemy jej i jej przyjaciółek, przyglądamy się jej związkowi. Zwrotem akcji okazuje się zdrada narzeczonego. Głównie to wydarzenie powoduje zmianę wakacyjnych planów i powrót bohaterki do miejsca i czasów, gdy jej życie było prostsze (cytat z okładki książki), czyli domu babci i dziadka w Wilczycach.

Najobszerniejszą i najciekawszą częścią książki stanowi właśnie pobyt Natalii na wsi. Tam dowiaduje się o długo skrywanym rodzinnym sekrecie, który zaważył na losach wielu członków rodziny. Powoli zaczyna rozumieć czego ona sama tak naprawdę chce i jakkolwiek patetycznie to brzmi –  dojrzewa do samej siebie.

Niewątpliwie Wilczyce bardzo dobrze się czyta. Choć przyznam, że miejscami język powieści mocno mnie irytował z powodu banalności i infantylnych porównań. Duży plus dla autorki za nakreślenie tak nieszablonowej głównej bohaterki. Choć opisane w książce wydarzenia nie są oczywiste i łatwe do przewidzenia, to czytając miałam wrażenie, że często sama autorka nie wiedziała jak dalej potoczy się fabuła, że to raczej pisana historia ją „prowadziła”. Czasem taka koncepcja się sprawdza jednak, moim zdaniem, tutaj nie do końca wpłynęło to na pozytywny odbiór lektury.

Muszę przyznać, że powieść nie zachwyciła mnie. Niestety nie broni się ciekawą budową, językiem, zakończeniem. Jest jednak w niej coś, co nie pozwala mi jednoznacznie jej przekreślić. Siła tej opowieści to jej klimat. Czytając ją znowu miałam wrażenie, że mam naście lat i wracam do lektur, którymi wtedy się zaczytywałam. Kiedy z wypiekami na twarzy, najczęściej w letnie dni lub w trakcie wakacyjnych podróży czytałam książki Krystyny Siesickiej czy Aleksandra Minkowskiego. Autorka pozwoliła mi znów przywołać wspomnienia o moich nieżyjących już dziadkach, odnaleźć w pamięci dobre wspomnienia. Być może rację ma również autorka bloga Krótkotrwałe zniekształcenie rzeczywistości, że jest to książka w sam raz na letni urlop w pięknym wiejskim domu otoczonym ogrodem pachnącym lawendą. Choć w trakcie, gdy wszyscy czekamy na pierwszy powiew wiosny takie książki mogą pomóc „dotelepać się” resztką sił do kresu zimy 😉

* Cytat pochodzi z wywiadu udzielonego przez Anetę Borowiec portalowi Gazeta.pl, źródło tu.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Agora S.A.

Aneta Borowiec, Wilczyce, Agora S.A., Warszawa 2012