Rok 2013 i numer jeden: „Traktat o łuskaniu fasoli”

Nie trzeba przeprowadzać dogłębnej analizy, by stwierdzić, że blogowo podsumowując 2013 rok wypada on (w przypadku mojego bloga) dosyć blado. Na szczęście dla mnie samej jednak, pod względem czytelniczym rok ten okazał się bogatszy prawie dwukrotnie od poprzedniego pod względem liczby przeczytanych książek i jest to wynik 27 pozycji. Niestety (a może „stety”) niewielki tylko procent z nich trafił w postaci omówienia na elektroniczne strony „niespiesznie”.

Mysliwski_Traktat_zNike Gdybym miała wyłonić mojego prywatnego zwycięzcę w kategorii najlepsza przeczytana książka roku 2013, byłby to bezapelacyjnie: „Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego. Niesamowitość tej książki polega moim zdaniem na tym, że jest to jedna z niewielu książek, do których można powracać przez całe życie. Sięgając po nią czytelnik w różnym wieku i bardzo różnym bagażem doświadczeń znajdzie gdzieś swoją historię. Przypuszczam, że czytając ją ponownie za kilka lat odnajdę w niej już nowe sensy, dostrzegę inne historie, które w danym momencie będą dla mnie ważne.

W późnojesienny wieczór do domu położonego w małej letniskowej miejscowości trafia nieznajomy, by kupić trochę fasoli. Tak zaczyna się historia – monolog właściciela domu, dla którego opowieść o fasoli i jej łuskaniu staje się początkiem opowieści o swym życiu. Przytaczając swoją historię dokonuje niejako bilansu, podsumowania tego co przeżył. Jednak to, tylko bardzo pobieżny i uproszony obraz tego, co dzieje się w książce. Traktat Myśliwskiego, to głęboka i metaforyczna opowieść o ludzkim losie, roli przeznaczenia i przypadku ale również o wierze, sztuce, pasji, a także naszej roli wobec innych ludzi i zwierząt. To wielowymiarowa i wielowątkowa rozprawa, w której autor, również człowiek dojrzały, z ogromnym życiowym doświadczeniem, powraca wciąż do fundamentalnych, „podstawowych” pytań dręczących ludzkość. Jednak nie daje nam, czytającym na nie odpowiedzi. Przeciwnie, konfrontuje nas z nimi, wskazuje, że wiele z nich nie ma jednoznacznych, prostych rozwiązań.

Mistrzostwo tej książki to również jej język, jest pięknie napisana. Autor z dużym wyczuciem i delikatnością przeprowadza czytelnika przez meandry opowieści dojrzałego człowieka. Zręcznie przeplata wydarzenia, który miały miejsce w rożnych okresach życia bohatera, jednak nie mamy poczucia zagubienia, a jedynie niedosyt „słuchania” dalszej części tych historii. Z pozoru prosty język powoduje to, iż proza ta ma szansę dotrzeć do młodego czytelnika, bez obawy, że zniechęci się on do lektury. Przychylne słowo należy się również Wydawnictwu Znak, za dobre wydanie książki, a szczególnie za pięknie dobraną szatę graficzną – przejrzysty tekst i nastrojowe zdjęcie na okładce (czytałam egzemplarz biblioteczny, w twardej oprawie, bez obwoluty).

Wiesław Myśliwski stworzył piękną książkę, prawdziwe arcydzieło. Na pewno znajdzie swoje miejsce na mojej półce, a ja postaram się sięgnąć po nią za jakiś czas. Zazdroszczę wszystkim tym, którzy jej lekturę mają jeszcze przed sobą.

Traktat o łuskaniu fasoli, Wiesław Myśliwski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006

[źródło zdjęcia: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,680,Traktat-o-luskaniu-fasoli ]

Reklamy

Jeden

Znienacka minął jeden rok niespiesznie. Jeden rok spotkań, zmagań z materią słowa pisanego i nieuczesanych myśli. Dwadzieścia trzy notki, w tym osiemnaście omówień książek i cztery  czasopism. Dwa miesiące milczenia. Podczytując archiwum zauważam drobną ewolucję nieśmiałych, początkowych notek, aż do bardziej wnikliwych i rozbudowanych spostrzeżeń.  Podsumowując, dziękuję wszystkich podglądającym stale i przelotnie. Nie, to nie pożegnanie ale zebranie myśli przed kolejnymi spotkaniami, na progu początku roku drugiego. Wciąż wiele we mnie ciekawości i nieposkromiony głód pisanego słowa. Mam nadzieję, że ta ciekawość będzie zaraźliwa 😉

Jeden-trasa

źródło obrazka: tu

Wbrew wszelkim modom wyznaję: lubię poezję. Choć jestem jej wybrednym czytelnikiem. Nie jestem jej znawcą, nie potrafię obiektywnie oceniać – działam intuicyjnie, jeśli chodzi o dobór autorów i czytanych tomów. Unikam długich rymowanych form, rozbudowanych metafor, szukam lekkości, niedopowiedzeń, przestrzeni. Wszystko to, co lubię w poezji znajduję, między innymi, u Marcina Świetlickiego. Wiele radości na progu lata sprawiła mi jego nowa książka „Jeden”. Nie pokuszę się o jej omówienie, Dawid Dziwosz na READ_EAT_SLIP zrobił to ciekawie i wyczerpująco. Podzielam jego zdanie i odsyłam do tego dobrego tekstu. Na koniec (choć koniecznie polecam rozsmakować się w całości)  tylko jeden wiersz z tego tomiku na dziś – 11 lipca:

11 lipca

Tysiące zaskakujących
historii o udanych pointach.
Nade mną chmury,
Kołujący żuraw.
Słońce daje popalić.
 
I dobrze mi tak, tak mi źle.
 

Jeden, Marcin Świetlicki, Wydawnictwo EMG, Kraków 2013

Cykl DKK: Dom Małgorzaty

Dom Małgorzaty Dom Małgorzaty Ewy Kujawskiej był książką miesiąca maja w Dyskusyjnym Klubie Książki do którego należę. Poszczególne tytuły są wybierane wspólnie podczas naszych spotkań. Nie wiem, czy sama dokonałabym takiego czytelniczego wyboru ale traktuję to raczej jako pozytywną kwestię, gdyż często, nie zdając sobie z tego sprawy, wpadam w koleiny swoich własnych przyzwyczajeń, a takie przebudzenie, w postaci sięgnięcia po innego rodzaju tematykę niż zazwyczaj, jest miłą odmianą. W przypadku tej książki cieszę się, że miałam możliwość „przegadania” jej, podzielenia się swoimi spostrzeżeniami ale przede wszystkim wysłuchania innych, gdyż zdecydowanie tego potrzebowałam, by uporządkować myśli z nią związane.

Tak się złożyło, że ten tytuł omawiany był w typowo kobiecym gronie. Bardzo nie lubię podziału na sztukę, muzykę bądź literaturę kobiecą lub męską, gdyż uważam, że albo jest ona dobra albo zła. Jednak Dom Małgorzaty to książka kobieca, o kobietach i dla kobiet. Wśród Pań skupionych w naszym „czytelniczym kręgu” , miałam wrażenie, że łatwiej było nam „poczuć” tę książkę. Wiele poruszonych problemów było bardziej zrozumiałych, delikatnie wymieniane porozumiewawcze spojrzenia zdały się mówić „znamy to, wiemy jak to jest”. Jednak książka ta, nie jest hermetyczna, ani w swojej treści, ani w przesłaniu – czytelnicy-mężczyźni również odnajdą się w tej powieści.

Dom Małgorzaty rozpoczyna się opisem niewielkiej wioski i domu, ale wtedy jeszcze to nie jest dom Małgorzaty, a dom Hildegard. To jeszcze nie dom polskiej rodziny, a niemieckiej: Hildegard, jej męża Fritza i synów Wilhelma i Johanna. Autorka wprowadza nas w porządek życia gospodyni domu, przykładnej żony i matki. W świat, w którym rytm pracy dyktuje pora dnia i roku, w którym codzienna rutyna wyznacza porządek rzeczy i zapewnia spokój duszy. Ten ustalony ład burzy wojna, która wchodzi w życie rodziny i miasteczka zabierając mężczyzn. W przypadku Hildegard – najpierw męża, a potem synów. Choć pozornie wojenna pożoga omija mieścinę, to silnie naznacza ją tragedią odchodzących bliskich. Nawet Ci, którzy wracają „przynoszą” ze sobą śmierć w swoich przeżyciach i zabliźnionych ranach. Hildegard czeka w domu na powrót swych mężczyzn, próbuje chwytać się codziennych czynności, bronić utraconego spokoju – bezskutecznie. Zamiast wyczekanych bliskich nadchodzą obcy – Polacy, którzy, jako zwycięzcy, zajmują wioskę wraz ze stopniowo opuszczanymi przez dawnych mieszkańców domami. Hildegard nie wyjeżdża, wciąż z nadzieją czekając. Do domu wprowadza się za to Małgorzata ze swoją rodziną:  mężem i synem. Siedlisko powoli staje się coraz mniej miejscem Hildegard, a przestrzenią wspólną kobiet. Początki wspólnego życia nie są łatwe, ale powoli rodzi się miedzy nimi więź. To chyba najciekawsze i najpiękniejsze momenty powieści, gdy obie stają się paniami domu i bliskimi sobie kobietami. Właśnie te chwile będzie wspominać potem Małgorzata.

Z pozoru dość niewielka książka zachwyca mnogością podjętych tematów. Jest to książka o wojnie, a może nawet bardziej o tym jakie niesie za sobą zło. O wojnie, która nawet, gdy nie dotyka bezpośrednio to pozostawia swój głęboki ślad. O wojnie oczami kobiet, ale jednak nieco z innej perspektywy niż, chociażby książka Swietłany Aleksijewicz Woja nie ma w sobie nic z kobiety (piękna recenzja na blogu: got save the book). Dom Małgorzaty opisuje los kobiet pozostawionych z dziećmi, dobytkiem lub jego resztkami, czekających i walczących również na froncie, ale froncie codziennego życia w zdezorganizowanej codzienności. Tak jak już wspomniałam, jest to książka o kobietach i ich świecie, gdzie bliższe niż górnolotne idee („zaczadzony” ideą nazizmu Fritz), są kwestie codziennego funkcjonowania (pracująca w obejściu Hildegard). Autorka silnie daje do zrozumienia, że spojrzenie kobiet nie jest gorsze – jest inne, bliższe biegowi natury, bardziej zmysłowe, oparte na intuicji, snach i przeczuciach. Ewa Kujawska niejako afirmuje te nasze – kobiet – cechy, które nierzadko bywają wyśmiewane, ukrywane, a często to one właśnie stanowią o naszej sile i pomagają nam przetrwać.

Pisarka w piękny, poetycki sposób opisuje świat duchowy. W jej prozie pojawia się Bóg i anioły, jednak odwołania te nie są próbą nachlanego „nawracania” czytelnika lecz raczej odwołaniem do szerszego pojmowania świata niż jego racjonalny obraz. Bardziej mistyczny odbiór tej prozy nasuwa również skojarzenie, że jednym z bohaterów książki jest też tytułowy dom. Miejsce, które buduje naszą tożsamość, jest jej nieodłączną częścią – korzeniem.

To piękna i mądra książka, z gatunku tych, które pozostają w nas delikatnym osadem zadumy. Zamyśleniem, które zostaje z nami na dłużej niż samo jej czytanie.

„W końcu, zmęczona, przysiadła wygodnie pod przysadzistą, powykręcaną jak ręce starego człowieka,  jabłonią. Oparła głowę o ciepły, żywy pień  poczuła się dzieckiem, całkowicie przekonanym, że nic niespodziewanego stać się nie może . I – jak dziecko – zalała ją na chwilę fala utraconej pewności , że wszystko ma swój początek i koniec, swoje miejsce i czas.” (s. 174)

Dom Małgorzaty, Ewa Kujawska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007, (seria: Linie krajowe)

Ps. Za miłe spotkanie dziękuję Paniom z Filii Książnicy Kopernikańskiej nr 3 w Toruniu i Klubowicz(k)om :)

baner-dkk

Intryga małżeńska

Eugenides_Intrygamalzenska_500pcxIntryga małżeńska była jedną z tych książek, które po pierwszym „spotkaniu”, kilku przedpremierowo przedrukowanych stronach w Przekroju wzbudziła, moje zainteresowanie. Po pierwsze, za sprawą osoby autora – na podstawie poprzedniej książki Jeffreya Eugenidesa Przekleństwa niewinności Sofia Coppola nakręciła, pod tym samym tytułem, jeden z moich ulubionych filmów z niesamowitą muzyką zespołu Air. Po drugie, akcja powieści nierozerwalnie splata się z literaturą, według okładkowej zapowiedzi Sylwii Chutnik „to właśnie literatura prowadzi bohaterów (…)”. Wreszcie, po trzecie, to moja osobista słabość do opowieści snujących się wokół amerykańskich kampusów i studenckiego życia.

Przyznaję, że początkowe trzydzieści stron czytałam z pewnym zawodem, wręcz irytacją. Lecz po nieco trudnym początku książka wciągnęła mnie bez reszty. Bohaterów powieści, czyli Madeleine, Leonarda i Mitchella poznajemy w dość trudnym i specyficznym momencie życia. Właśnie kończą college, jest początek lat osiemdziesiątych i rozpoczyna się ich dorosłe, „prawdziwe” życie. Mają po dwadzieścia kilka lat, mierzą się ze sobą, z pierwszymi poważnymi wyborami, Ameryce po rewolucji seksualnej. Konfrontują wiedzę i pasje (głównie książkowe – od odwołań literackich i cytatów huczy, aż miło 🙂 ) z rzeczywistością. „Ona jest piękną buntowniczką, która odcina się od rodziny i poszukuje spełnienia w miłości. Oni pragną spełnić się dla Madeleine. Leonard to uosobienie szaleństwa, niepokorny geniusz. Mitchella pociągają religie Indii i kultura Europy – wyjeżdża tam w poszukiwaniu sensu istnienia.”* Eugenides ze sporą zręcznością wciąga czytelnika w wielowątkowy świat bohaterów i budujących się pomiędzy nimi więzi.

Być może najprostszym rozwiązaniem jest zakwalifikowanie tej książki, do tych, z gatunku „o miłości”. Tym bardziej, że w wielu miejscach autor przywołuje i przeplata tekst „Fragmentami dyskursu miłosnego” Rolanda Barhesa. Jednak dla mnie, ta klasyfikacja jest nieco zbyt jednoznaczna. Jest to przede wszystkim książka o dojrzewaniu, poszukiwaniu siebie i konfrontacji marzeń z rzeczywistością. To bardzo dobra i wciągająca pozycja z równie ciekawym jak ona zakończeniem. Dla wciąż poszukujących – lektura obowiązkowa, szczerze polecam 🙂

Jeffrey Eugenides, Intryga małżeńska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013

* cytat pochodzi z notki o książce wydawnictwa Znak, źródło tu.

Wilczyce

wilczyce-aneta-borowiec-1

Na okładce czarno białe zdjęcie – biegnąca po ścieżce postać dziewczynki w białej letniej, sukience, różowy kolor otaczający białe napisy tytułu – zdecydowanie mogłam się spodziewać, że sięgam po książkę należącą do tak zwanej „literatury kobiecej”. W tym wypadku się nie myliłam, jednak już tytuł powieści Wilczyce zmylił mnie kompletnie. Spodziewałam się kolejnej opowieści skrojonej na miarę serialowego Seksu w wielkim mieście: kilka wyzwolonych, młodych kobiet zmagających się z życiem w dużej metropolii. Autorka Aneta Borowiec zgotowała nam – czytelnikom niespodziankę, gdyż Wilczyce to nazwa miejscowości, w której mieszkają dziadkowie książkowej postaci – Natalii Niekomskiej, do których często jeździła jako dziecko. Główna bohaterka powieści ma około trzydziestu lat, mieszka w mieście, ma niewielkie grono przyjaciółek i narzeczonego. Na tym jednak kończą się podobieństwa do serialowych bohaterek. Sama autorka przyznaje: Nie bardzo mnie interesują tak wyzwolone kobiety, te mniej wyzwolone są dużo ciekawsze.* Prawdopodobnie dlatego Natalia pracuje w archiwum, a swój zawód traktuje jak powołanie, prowadzi zdrowy tryb życia, marzy o dużej rodzinie, nie lubi niespodzianek, ani zmian.

Zanim Natalia trafia ponownie do tytułowych Wilczyc, poznajemy jej trudne relacje z matką, problemy jej i jej przyjaciółek, przyglądamy się jej związkowi. Zwrotem akcji okazuje się zdrada narzeczonego. Głównie to wydarzenie powoduje zmianę wakacyjnych planów i powrót bohaterki do miejsca i czasów, gdy jej życie było prostsze (cytat z okładki książki), czyli domu babci i dziadka w Wilczycach.

Najobszerniejszą i najciekawszą częścią książki stanowi właśnie pobyt Natalii na wsi. Tam dowiaduje się o długo skrywanym rodzinnym sekrecie, który zaważył na losach wielu członków rodziny. Powoli zaczyna rozumieć czego ona sama tak naprawdę chce i jakkolwiek patetycznie to brzmi –  dojrzewa do samej siebie.

Niewątpliwie Wilczyce bardzo dobrze się czyta. Choć przyznam, że miejscami język powieści mocno mnie irytował z powodu banalności i infantylnych porównań. Duży plus dla autorki za nakreślenie tak nieszablonowej głównej bohaterki. Choć opisane w książce wydarzenia nie są oczywiste i łatwe do przewidzenia, to czytając miałam wrażenie, że często sama autorka nie wiedziała jak dalej potoczy się fabuła, że to raczej pisana historia ją „prowadziła”. Czasem taka koncepcja się sprawdza jednak, moim zdaniem, tutaj nie do końca wpłynęło to na pozytywny odbiór lektury.

Muszę przyznać, że powieść nie zachwyciła mnie. Niestety nie broni się ciekawą budową, językiem, zakończeniem. Jest jednak w niej coś, co nie pozwala mi jednoznacznie jej przekreślić. Siła tej opowieści to jej klimat. Czytając ją znowu miałam wrażenie, że mam naście lat i wracam do lektur, którymi wtedy się zaczytywałam. Kiedy z wypiekami na twarzy, najczęściej w letnie dni lub w trakcie wakacyjnych podróży czytałam książki Krystyny Siesickiej czy Aleksandra Minkowskiego. Autorka pozwoliła mi znów przywołać wspomnienia o moich nieżyjących już dziadkach, odnaleźć w pamięci dobre wspomnienia. Być może rację ma również autorka bloga Krótkotrwałe zniekształcenie rzeczywistości, że jest to książka w sam raz na letni urlop w pięknym wiejskim domu otoczonym ogrodem pachnącym lawendą. Choć w trakcie, gdy wszyscy czekamy na pierwszy powiew wiosny takie książki mogą pomóc „dotelepać się” resztką sił do kresu zimy 😉

* Cytat pochodzi z wywiadu udzielonego przez Anetę Borowiec portalowi Gazeta.pl, źródło tu.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Agora S.A.

Aneta Borowiec, Wilczyce, Agora S.A., Warszawa 2012

Cykl DKK: Widma w mieście Breslau

widma-w-miec59bcie-breslau  Prawdopodobnie nie sięgnęłabym po tę książkę z własnej inicjatywy. Przyznaję, nie jestem miłośniczką kryminałów. Pomimo prób mierzenia się z klasyką tego gatunku, czyli powieściami Agathy Christie nigdy nie połknęłam przysłowiowego czytelniczego haczyka, by z wypiekami na twarzy snuć domysły: kto zabił. Książkę Marka Krajewskiego Widma w mieście Breslau przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki (w czym rzecz – na końcu postu).

 Widma… to trzecia  (po Śmierci w Breslau i Końcu świata w Breslau) część opowieści o śledztwach prowadzonych przez Eberharda Mocka- asystenta kryminalnego, pracownika Prezydium Policji Oddziału Obyczajówki. Akcja powieści rozgrywa się w 1919 roku, w przedwojennym Wrocławiu. Wszystko rozpoczyna się, gdy w pierwszych dniach września zostają odnalezione w rozlewiskach Odry pokaleczone ciała czterech młodych mężczyzn – marynarzy. Mock zostaje wciągnięty w całą sprawę, gdyż morderca wymienia go z imienia i nazwiska w liście, w którym cytując Biblię, próbuje nastraszyć go i grozi, że jeśli nie przyzna się do winy to pojawią się następne ofiary. Od tego momentu wraz z głównym bohaterem zostajemy wciągnięci w grę. Poznając kolejne części kryminalnej układanki wdzieramy się w życie półświatka Breslau, gdzie króluje zło, niejasne układy, używki, kobiety lekkich obyczajów i  mroczne sekrety. Coraz bardziej poznajemy również postać Mocka: jego historię, dzieje jego rodziny, słabość do dobrego jedzenia, alkoholu i rudowłosych kobiet.

 Od pierwszych stron powieści towarzyszyło mi wrażenie „gęstości”, zarówno w znaczeniu odebrania całego klimatu książki ale również w kwestii ilości akcji, bohaterów oraz przytoczonych opisów miejsc i przedmiotów. Ta drobiazgowość i szczegółowość autora jest godna podziwu, gdyż dzięki temu znakomicie zarysowuje on klimat tamtego czasu i miejsc. Przyznam, że nie wiem, czy realia z tamtego czasu zostały zachowane lecz uległam wrażeniu wiernej rekonstrukcji minionego świata. Z podobną starannością zostały odwzorowane lub wykreowane postacie występujące w książce. Często miałam wrażenie, że wręcz widzę poszczególne gesty osób lub słyszę kroki lakierowanych butów Mocka na brukowanych uliczkach miasta. Aż dziw, że nikt jeszcze nie pokusił się o zekranizowanie tej historii.

 Jednym z głównych bohaterów powieści Krajewski uczynił również miasto, co ciekawe opisuje je nie poprzez zabytkowe budowle lecz raczej poprzez zaułki, zapuszczone mieszkania, ciemne klatki schodowe,  zsypy. Autor nie oszczędza swoich czytelników ukazując nie tylko podłe dzielnice ale również podłości ludzkich sprawek i fizjologię ciał. Nie chcę zdradzać szczegółów zakończenia jednak muszę wspomnieć, że bardzo mnie ono rozczarowało. Wydaje się zdecydowanie niewiarygodne i „naciągane”. Chyba jednak odpowiada mi bardziej struktura kryminału umożliwiająca samodzielną dedukcję czytelnika i rozwikłanie przez niego kryminalnej zagadki. W przypadku tej książki jest to wręcz niemożliwe. Jednak zachęcam do lektury, gdyż powieść rzeczywiście wciąga, trzyma w napięciu i jest znakomitą rozrywką z pod znaku ciemnej gwiazdy.

 Wspomniałam o Dyskusyjnym Klubie Książki. Jest to inicjatywa, której patronuje Instytut Książki. Na stronie w zakładce DKK możemy sprawdzić, czy taki Klub działa również blisko naszego miejsca zamieszkana. Spotkania Klubów mają miejsce zazwyczaj w filiach bibliotek wojewódzkich (w przypadku Torunia w filiach Książnicy Kopernikańskiej), zwykle raz w miesiącu w godzinach dopasowanych do uczestników. Spotkania nie tylko są okazją do rozmowy na temat przeczytanej książki ale również szansą na poznanie nowych ludzi, którzy mieszkają w naszej okolicy. Gorąco zachęcam do włączenia się. Za miłe spotkanie dziękuję Paniom z Filii Książnicy Kopernikańskiej nr 3 i Klubowiczom 🙂

baner-dkk

Marek Krajewski, Widma w mieście Breslau, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005

Pasja według św. Hanki

Janko_Pasja wg sw Hanki_m___W jednej z poprzednich notek odgrażałam się, że minie nieco czasu zanim będę chciała sięgnąć po wydaną w tym roku kontynuację poprzedniej powieści Anny Janko Dziewczyna z zapałkami. Minęło ponad pół roku, czas zatoczył niewielkie koło i powracam do twórczości tej autorki. Sama jestem zaskoczona moimi wrażeniami po jej lekturze. Być może to ja się tak zmieniłam, być może to kwestia tego, że dalsza część historii tej samej bohaterki Hanny jest książką zupełnie inną od prozatorskiego debiutu Janko. Być może także, że sięgnęłam po Pasję według św. Hanki we właściwym dla niej (książki) i siebie czasie. Zdarza się tak czasami, że natrafiamy na książkę, która być może nie przejdzie do historii literatury ale wpasowuje się idealnie w odpowiedni moment, zanurza się w emocjonalnych trzewiach czytającego i mocno dotyka. Przeczytana zbyt wcześnie lub po czasie nie będzie odebrana już w tak intensywny sposób. Mam przeczucie, że prawdopodobnie tak dzieje się i z tą pozycją.

Zakochany człowiek nie ma sumienia – to pierwsze zdanie powieści. Otwiera ono historię Hanny – 37 letniej kobiety, żony Pawia (Pawła) i matki dwójki dzieci: nastoletniego chłopca i młodszej dziewczynki. Hanka przygląda się swemu życiu, wciąż (tak jak i w pierwszej powieści) tkwi w związku, który umiera. W tym braku miłości i zawieszeniu pojawia się nisza i miejsce na nowe-stare uczucie. Na uczucie do Mateusza – kolegi poety, który od lat czeka na Hankę, kocha ją. Janko opisuje trudne przejście bohaterki od roli żony do roli kochanki. Uczucie ogarnia Hankę i Mata tak silnie, że nawet rodziny i dzieci nie powstrzymują ich przed zdradą.

Być może kluczem do odkrycia budowy powieści jest jej tytuł: Pasja według św. Hanki. Duża część książki to próba ilustracji słowa „pasja” w znaczeniu: namiętnego przejęcia się czym, zamiłowania do czegoś*. To próba opisania przez główną bohaterkę wszechogarniającego ją uczucia. Wypowiedź ta jest miejscami pełna patosu, histerycznego drżenia, euforii. Jednak w pełni zrozumiała i prawdziwa, przynajmniej dla kogoś kto choć raz mierzył się z podobnym uczuciem. Hanka próbuje opisać wszystkie odcienie miłości od głębokiej fizycznej rozkoszy po gorzki smak zdrady i ból oczekiwania. Tytuł odnosi się również do dalszej części książki. Dlaczego świętej Hanki? Być może dlatego właśnie, że tak pełnej sprzecznych emocji, poddanej torturze wyboru, która doprowadza ją i Mata prawie do granic obłędu. Ta walka nie jest jedynie wewnętrzna, cierpią wszyscy: kochankowie, mąż, żona i dzieci. Kobieta doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji swych decyzji, o czym świadczą jej słowa komentujące kwestię rozstania i rozwodu: ryzyko jest duże, trwoga wielka jest i jest bardzo zimno, dusza zbiorowa rodziny długo i boleśnie się rozrywa, można zwariować, ja zwariowałam, można znienawidzić miłość, ja znienawidziłam. (s.352)

Znów, tak jak i w pierwszej powieści zachwyca język, którym posługuję się poetka. Znów to proza pisana poezją. W akcję powieści wplecione są gęsto opowieści Hanki z jej przeszłości: pierwsze miłości, koledzy z klasy, koleżanki, przyjaciółki. Przywołuje ich postacie, by móc przyjrzeć się im i przejrzeć się w ich odbiciach w swej pamięci. Być może znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego postępuje tak, a nie inaczej? Dlaczego taka jest? Ponadto uzupełnia swoje spojrzenie na uczucia rozważaniami o naturze miłości czynionymi przez filozofów i artystów oraz biologicznymi ciekawostkami z życia seksualno-miłosnego fauny i flory.

To piękna książka ale nie łatwa. Miejscami to proza denerwująca, czasem mądra, głęboka, refleksyjna. Tak jak opisywana w nich miłość wraz ze wszystkimi odcieniami emocji. Polecam.

Ciekawa recenzja książki na blogu Krytycznym okiem.

Anna Janko, Pasja według św. Hanki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012

*Mały Słownik Języka Polskiego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1997