Póki pies nas nie rozłączy

Poki-pies-nas-nie-rozlaczy_Romuald-Pawlak Większość lata to dla mnie słodkie oczekiwanie na wolne dni. Najczęściej termin urlopu wybieram w sierpniu, by jak najdłużej cieszyć się perspektywą wolności. Oczywiście, że tęsknię już za odpoczynkiem i w takich momentach przychodzą mi z pomocą tak zwane „wakacyjne książki”: nieco lżejsze, niewymagające tyle zaangażowania i uwagi, a pozwalające oderwać się myślami od codzienności.

Tego rodzaju książką jest Póki pies nas nie rozłączy Romualda Pawlaka. Ot, lekka historia o parze trzydziestolatków: Michał jest dziennikarzem w lokalnej gazecie, Renia pracuje w osiedlowym sklepie. Mieszkają w niewielkim mieście, są parą jakich tysiące, już kilka lat razem ale wciąż na progu decyzji, co dalej. W ich życiu, za sprawą Reni, pojawia się pies – czarny pudel Egon. Jak dowiadujemy się ze wstępnego rozdziału, zostaje przysłany z pewną misją do tej pary, by pomóc im uporządkować relacje i uświadomić, co tak na prawdę jest ważne dla każdego z nich. Przyznam, nie jest to wielka literatura ale może nie zawsze o to chodzi. To ciekawa i fajna historia opowiedziana w większości z męskiej perspektywy głównego bohatera.

Tak naprawdę sięgnęłam po nią, bo zaciekawił mnie tytuł. Tak jakoś się złożyło, że los powiązał książkową fikcję i moje życie. Od pewnego czasu mamy psa. Czytając ją odnajdywałam nas – psich zastępczych rodziców, w kolejnych etapach poznawania nowego pupila, który stawał się częścią naszej „rodziny”. Nie planowaliśmy tego, Misia to znajda, która prawdopodobnie została wywieziona gdzieś do lasu i cudem ocalała dokarmiana przez siostry zakonne prowadzące Diecezjalny Dom Kultury. Trafiła do nas przez moją koleżankę z pracy. Od dnia, w którym jest z nami, nasze życie bardzo się zmieniło i ciągle zmienia. Dokonała przewrotu w utartych szlakach codziennej rutyny, dzięki niej poznaliśmy nowe miejsca i ludzi. Wiele się nauczyliśmy i wciąż uczymy.

Posiadanie zwierza w domu oznacza dla mnie również zmianę patrzenia na świat, prowokuje do myśli i dyskusji na temat miejsca człowieka i zwierzęcia w świecie. Wciąż mam gdzieś w głowie refren piosenki Łony i Webbera „patrz trochę szerzej”*, dlatego „z dnia na dzień żeby wzrok przywykł, uczę moje dni zmiany perspektywy”* i staram się wciąż wysilić bardziej, by lepiej zrozumieć ten problem. Skłania mnie to, nie tylko do sięgnięcia po kolejne lektury ale również prowokuje do baczniejszej obserwacji swojego życia pod tym kątem. Zastanawiam się nad swoją dietą, wyborami konsumenckimi lub zachowaniem. To dobre przebudzenie i dopiero początek drogi.

W książce Romualda Pawlaka główną misją Egona (wyznaczoną mu przez Pana Stworzenia), była pomoc w naprawie związku Reni i Michała, uświadomienie im jak ważna jest ich relacja i emocje. Z własnego doświadczenia wiem, jak często pupil wciela się w rolę domowego mediatora. Jedną z takich sytuacji opisuje w artykule „Pieskie życie królewskie” Ignacy Karpowicz: „(…) po domowej awanturze. Każdy siedzi obrażony w swoim pokoju i to właśnie suka Stella podejmuje trud pogodzenia członków rodziny. Snując się od jednej osoby do drugiej, popiskując oraz – to także bardzo ważne – wyglądając komicznie, doprowadza do zawieszenia broni”.** Odsyłam do całego artykułu z najnowszego numeru „Książek”, w którym autor opisuje, przywołując mniej lub bardziej naukowe teorie, swoje „psie” historie.

Polecam książkę i artykuł, nie tylko na wakacyjne dni i nie tylko dla właścicieli czworonogów. Na zakończenie mój ulubiony cytat z tej książki i zdjęcia naszej Misi do obejrzenia między innymi tu i tu:

„Tworzyli najdziwniejsze stado na świecie, ale kiedy byli we trójkę, świat stawał się trochę lepszy” (s.284)

Dobrych, letnich dni 🙂

Romuald Pawlak, Póki pies nas nie rozłączy, Wydawnictwo „Nasza księgarnia”, Warszawa 2011

* Łona i Webber, piosenka Patrz szerzej z płyty: „Cztery i pół”

** Ignacy Karpowicz, Pieskie życie królewskie, W:  „Książki. Magazyn do czytania”, s. 30.

Reklamy

Jeden

Znienacka minął jeden rok niespiesznie. Jeden rok spotkań, zmagań z materią słowa pisanego i nieuczesanych myśli. Dwadzieścia trzy notki, w tym osiemnaście omówień książek i cztery  czasopism. Dwa miesiące milczenia. Podczytując archiwum zauważam drobną ewolucję nieśmiałych, początkowych notek, aż do bardziej wnikliwych i rozbudowanych spostrzeżeń.  Podsumowując, dziękuję wszystkich podglądającym stale i przelotnie. Nie, to nie pożegnanie ale zebranie myśli przed kolejnymi spotkaniami, na progu początku roku drugiego. Wciąż wiele we mnie ciekawości i nieposkromiony głód pisanego słowa. Mam nadzieję, że ta ciekawość będzie zaraźliwa 😉

Jeden-trasa

źródło obrazka: tu

Wbrew wszelkim modom wyznaję: lubię poezję. Choć jestem jej wybrednym czytelnikiem. Nie jestem jej znawcą, nie potrafię obiektywnie oceniać – działam intuicyjnie, jeśli chodzi o dobór autorów i czytanych tomów. Unikam długich rymowanych form, rozbudowanych metafor, szukam lekkości, niedopowiedzeń, przestrzeni. Wszystko to, co lubię w poezji znajduję, między innymi, u Marcina Świetlickiego. Wiele radości na progu lata sprawiła mi jego nowa książka „Jeden”. Nie pokuszę się o jej omówienie, Dawid Dziwosz na READ_EAT_SLIP zrobił to ciekawie i wyczerpująco. Podzielam jego zdanie i odsyłam do tego dobrego tekstu. Na koniec (choć koniecznie polecam rozsmakować się w całości)  tylko jeden wiersz z tego tomiku na dziś – 11 lipca:

11 lipca

Tysiące zaskakujących
historii o udanych pointach.
Nade mną chmury,
Kołujący żuraw.
Słońce daje popalić.
 
I dobrze mi tak, tak mi źle.
 

Jeden, Marcin Świetlicki, Wydawnictwo EMG, Kraków 2013

Cykl DKK: Dom Małgorzaty

Dom Małgorzaty Dom Małgorzaty Ewy Kujawskiej był książką miesiąca maja w Dyskusyjnym Klubie Książki do którego należę. Poszczególne tytuły są wybierane wspólnie podczas naszych spotkań. Nie wiem, czy sama dokonałabym takiego czytelniczego wyboru ale traktuję to raczej jako pozytywną kwestię, gdyż często, nie zdając sobie z tego sprawy, wpadam w koleiny swoich własnych przyzwyczajeń, a takie przebudzenie, w postaci sięgnięcia po innego rodzaju tematykę niż zazwyczaj, jest miłą odmianą. W przypadku tej książki cieszę się, że miałam możliwość „przegadania” jej, podzielenia się swoimi spostrzeżeniami ale przede wszystkim wysłuchania innych, gdyż zdecydowanie tego potrzebowałam, by uporządkować myśli z nią związane.

Tak się złożyło, że ten tytuł omawiany był w typowo kobiecym gronie. Bardzo nie lubię podziału na sztukę, muzykę bądź literaturę kobiecą lub męską, gdyż uważam, że albo jest ona dobra albo zła. Jednak Dom Małgorzaty to książka kobieca, o kobietach i dla kobiet. Wśród Pań skupionych w naszym „czytelniczym kręgu” , miałam wrażenie, że łatwiej było nam „poczuć” tę książkę. Wiele poruszonych problemów było bardziej zrozumiałych, delikatnie wymieniane porozumiewawcze spojrzenia zdały się mówić „znamy to, wiemy jak to jest”. Jednak książka ta, nie jest hermetyczna, ani w swojej treści, ani w przesłaniu – czytelnicy-mężczyźni również odnajdą się w tej powieści.

Dom Małgorzaty rozpoczyna się opisem niewielkiej wioski i domu, ale wtedy jeszcze to nie jest dom Małgorzaty, a dom Hildegard. To jeszcze nie dom polskiej rodziny, a niemieckiej: Hildegard, jej męża Fritza i synów Wilhelma i Johanna. Autorka wprowadza nas w porządek życia gospodyni domu, przykładnej żony i matki. W świat, w którym rytm pracy dyktuje pora dnia i roku, w którym codzienna rutyna wyznacza porządek rzeczy i zapewnia spokój duszy. Ten ustalony ład burzy wojna, która wchodzi w życie rodziny i miasteczka zabierając mężczyzn. W przypadku Hildegard – najpierw męża, a potem synów. Choć pozornie wojenna pożoga omija mieścinę, to silnie naznacza ją tragedią odchodzących bliskich. Nawet Ci, którzy wracają „przynoszą” ze sobą śmierć w swoich przeżyciach i zabliźnionych ranach. Hildegard czeka w domu na powrót swych mężczyzn, próbuje chwytać się codziennych czynności, bronić utraconego spokoju – bezskutecznie. Zamiast wyczekanych bliskich nadchodzą obcy – Polacy, którzy, jako zwycięzcy, zajmują wioskę wraz ze stopniowo opuszczanymi przez dawnych mieszkańców domami. Hildegard nie wyjeżdża, wciąż z nadzieją czekając. Do domu wprowadza się za to Małgorzata ze swoją rodziną:  mężem i synem. Siedlisko powoli staje się coraz mniej miejscem Hildegard, a przestrzenią wspólną kobiet. Początki wspólnego życia nie są łatwe, ale powoli rodzi się miedzy nimi więź. To chyba najciekawsze i najpiękniejsze momenty powieści, gdy obie stają się paniami domu i bliskimi sobie kobietami. Właśnie te chwile będzie wspominać potem Małgorzata.

Z pozoru dość niewielka książka zachwyca mnogością podjętych tematów. Jest to książka o wojnie, a może nawet bardziej o tym jakie niesie za sobą zło. O wojnie, która nawet, gdy nie dotyka bezpośrednio to pozostawia swój głęboki ślad. O wojnie oczami kobiet, ale jednak nieco z innej perspektywy niż, chociażby książka Swietłany Aleksijewicz Woja nie ma w sobie nic z kobiety (piękna recenzja na blogu: got save the book). Dom Małgorzaty opisuje los kobiet pozostawionych z dziećmi, dobytkiem lub jego resztkami, czekających i walczących również na froncie, ale froncie codziennego życia w zdezorganizowanej codzienności. Tak jak już wspomniałam, jest to książka o kobietach i ich świecie, gdzie bliższe niż górnolotne idee („zaczadzony” ideą nazizmu Fritz), są kwestie codziennego funkcjonowania (pracująca w obejściu Hildegard). Autorka silnie daje do zrozumienia, że spojrzenie kobiet nie jest gorsze – jest inne, bliższe biegowi natury, bardziej zmysłowe, oparte na intuicji, snach i przeczuciach. Ewa Kujawska niejako afirmuje te nasze – kobiet – cechy, które nierzadko bywają wyśmiewane, ukrywane, a często to one właśnie stanowią o naszej sile i pomagają nam przetrwać.

Pisarka w piękny, poetycki sposób opisuje świat duchowy. W jej prozie pojawia się Bóg i anioły, jednak odwołania te nie są próbą nachlanego „nawracania” czytelnika lecz raczej odwołaniem do szerszego pojmowania świata niż jego racjonalny obraz. Bardziej mistyczny odbiór tej prozy nasuwa również skojarzenie, że jednym z bohaterów książki jest też tytułowy dom. Miejsce, które buduje naszą tożsamość, jest jej nieodłączną częścią – korzeniem.

To piękna i mądra książka, z gatunku tych, które pozostają w nas delikatnym osadem zadumy. Zamyśleniem, które zostaje z nami na dłużej niż samo jej czytanie.

„W końcu, zmęczona, przysiadła wygodnie pod przysadzistą, powykręcaną jak ręce starego człowieka,  jabłonią. Oparła głowę o ciepły, żywy pień  poczuła się dzieckiem, całkowicie przekonanym, że nic niespodziewanego stać się nie może . I – jak dziecko – zalała ją na chwilę fala utraconej pewności , że wszystko ma swój początek i koniec, swoje miejsce i czas.” (s. 174)

Dom Małgorzaty, Ewa Kujawska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007, (seria: Linie krajowe)

Ps. Za miłe spotkanie dziękuję Paniom z Filii Książnicy Kopernikańskiej nr 3 w Toruniu i Klubowicz(k)om :)

baner-dkk

Uczta bogiń

ucztabogin

Rozpocznę od wyznania: uwielbiam książki o sztuce. Posiadanie albumów, biografii, książek dotyczących sztuki, a w szczególności fotografii sprawia mi radość. Od czasu do czasu ściągam poszczególne książki z półek, niby porządkuję, kartkuje, przeglądam ale już sama świadomość, że w każdym momencie mogę do nich sięgnąć, że są moje (trochę wstyd wyznać) poprawia mi samopoczucie. Dlatego z taką radością przywitałam obecność kolejnej książki z tej dziedziny. Sięgając po książkę Uczta bogiń napisaną przez Marię Poprzęcką, moim pierwszym skojarzeniem było odwołanie do obrazu „Uczta bogów” autorstwa renesansowego malarza o nazwisku Giovanni Bellin. Okazuje się jednak, że za inspiracje do tego tytułu autorce posłużyła instalacja Judy Chicago pod tytułem „Dinner party” powstała w 1979 roku, obecnie znajdująca się w Brooklyn Museum w Nowym Jorku.

Autorka książki jest historykiem i krytykiem sztuki, pracuje jako profesor na Uniwersytecie Warszawskim. Jak sama mówi: „nie zostałam artystką dlatego, że stawiałam przed sztuką i przed artystami bardzo wysokie wymagania i wiedziałam, że im nie sprostam. Nie zostałam artystką z wielkiej miłości do sztuki”.* Wysokie wymagania wyznaczone twórcom profesor Poprzęcka stawia również w tej książce. Zaprasza na swoją „ucztę” i  do swojego „stołu” wybitne osobistości. Ściśle rzecz biorąc dwanaście kobiet, których życie wiązało się ze sztuką nie tylko dlatego, że były muzami, kochankami lub żonami artystów ale przede wszystkim dlatego, że same spełniały się jako autorki: fotografii, obrazów, rysunków, instalacji, biżuterii, tkanin, rzeźb, itp. We wstępie czytamy:

„Co zatem łączy te kobiety? Wszystkie, czując siłę swojej płci, świadomie kierowały swoim życiem, nie godziły się na przeciętność, były zdolne do ryzyka, nie poddawały się przeciwnościom losu. No i tworzyły sztukę, choć może z nierównym sukcesem. Ale to sztuka była siłą sprawczą ich niezwykłych życiorysów.”**

Wybór padł na artystki żyjące w większości w XX wieku, głównie przedstawicielki związane w jakiś sposób z ruchami awangardowymi, m.in: Nadia Leger, Dora Maar, Sonia Delaunay. Każdy rozdział to kolejne spotkanie. Mnie szczególnie zaś zależało, by przyjrzeć się jedynej w tym gronie pani fotograf (niesamowicie drażni mnie sformułowanie „fotografka”, dlatego z premedytacją je pomijam), czyli Julii Cameron. Przyznam, że jestem miło zaskoczona, gdyż pomimo, że znałam niektóre fakty z jej życia – głównie z wykładów historii fotografii, to jednak zawsze były to wykłady i opracowania  wsadzające do przysłowiowego worka wszystkich twórców z danego okresu. Poprzęcka zaś poświęcając Cameron cały rozdział pozwala w pełni przyjrzeć się jej życiu i twórczości tej nietuzinkowej artystce.

Książka ta, pomimo, że nie jest typowym albumem o sztuce w twardej obwolucie, jest bardzo ładnie wydana. Ciekawy projekt okładki, liczne zdjęcia i reprodukcje, przejrzyście umieszczony oraz starannie zredagowany tekst sprzyja lekturze. Książkowe wydanie powoduje, że nie jest to jedynie publikacja przeznaczona do przeglądania w domowym zaciszu, a z powodzeniem możemy ją wszędzie zabrać ze sobą.

Powracając do treści: dla mnie prawdziwa perła to ostatni rozdział książki poświęcony w lwiej części opisowi dzieła Judi Chicago „Dinner Party” oraz temu w jaki sposób artystka pracowała nad nim. Samo dzieło jest również pretekstem do stawiania kluczowych pytań w kontekście kobiet: dlaczego w historii zarówno politycznej, gospodarczej, jak i artystycznej jest tak niewiele kobiet?, dlaczego to wciąż historia, a nie herstoria?, jak narodziła się sztuka feministyczna i do czego dążyła?, wreszcie jakie słabości i dalsze pytania niesie za sobą podział na sztukę kobiecą i męską? Przyznam szczerze, że ten tekst dał mi wiele do myślenia i wiem, że jeszcze wiele razy będę do niego powracać.

Uczta bogiń to wyjątkowa książka, którą zdecydowanie mogę polecić. Co ważne w przypadku opracowań związanych ze sztuką, śmiało można ją powierzyć do przeczytania każdemu. Do jej lektury wystarczy jedynie minimalna wiedza z tej dziedziny. Autorka z lekkością, czasem z humorem w ciekawy sposób przybliża nam poszczególne losy kobiet znakomicie kreśląc obraz czasów, w których żyły i układów, w których funkcjonowały. Ten słowny obraz historyczno-obyczajowego tła sprawia, że poszczególne postacie nie są jedynie opisane poprzez suche biograficzne fakty, a zdają się żywymi postaciami targanymi emocjami. Profesor Poprzęcka zaprasza nas-czytelników na wyjątkową ucztę, taką, którą należy się rozkoszować, smakować poszczególne opowieści i cieszyć się wyjątkowym towarzystwem, towarzystwem bogiń sztuki.

Ostatnie słowa książki dedykuję wszystkim kobietom:

„W tym wszystkim nie ma żadnego „kobiecego” sentymentalizmu. Jest piękno i poczucie godności. Takie jesteśmy. Gotując i pisząc wiersze, pielęgnując dzieci i angażując się w politykę, haftując i wykładając na uniwersytecie, pozostając w domu i robiąc światowe kariery, ciesząc się i płacząc, kochając i zmagając się z rzeczywistością…” ***

Za książkę dziękuję wydawnictwu Agora S.A.

* cytat z wywiadu udzielonego wydawnictwu internetowemu dwutygodnik.com

** cytat s.8-9, Uczta bogiń
*** cytat s.216, Uczta bogiń

Maria Poprzęcka, Uczta bogiń, Agora S.A., Warszawa 2012

Pasja według św. Hanki

Janko_Pasja wg sw Hanki_m___W jednej z poprzednich notek odgrażałam się, że minie nieco czasu zanim będę chciała sięgnąć po wydaną w tym roku kontynuację poprzedniej powieści Anny Janko Dziewczyna z zapałkami. Minęło ponad pół roku, czas zatoczył niewielkie koło i powracam do twórczości tej autorki. Sama jestem zaskoczona moimi wrażeniami po jej lekturze. Być może to ja się tak zmieniłam, być może to kwestia tego, że dalsza część historii tej samej bohaterki Hanny jest książką zupełnie inną od prozatorskiego debiutu Janko. Być może także, że sięgnęłam po Pasję według św. Hanki we właściwym dla niej (książki) i siebie czasie. Zdarza się tak czasami, że natrafiamy na książkę, która być może nie przejdzie do historii literatury ale wpasowuje się idealnie w odpowiedni moment, zanurza się w emocjonalnych trzewiach czytającego i mocno dotyka. Przeczytana zbyt wcześnie lub po czasie nie będzie odebrana już w tak intensywny sposób. Mam przeczucie, że prawdopodobnie tak dzieje się i z tą pozycją.

Zakochany człowiek nie ma sumienia – to pierwsze zdanie powieści. Otwiera ono historię Hanny – 37 letniej kobiety, żony Pawia (Pawła) i matki dwójki dzieci: nastoletniego chłopca i młodszej dziewczynki. Hanka przygląda się swemu życiu, wciąż (tak jak i w pierwszej powieści) tkwi w związku, który umiera. W tym braku miłości i zawieszeniu pojawia się nisza i miejsce na nowe-stare uczucie. Na uczucie do Mateusza – kolegi poety, który od lat czeka na Hankę, kocha ją. Janko opisuje trudne przejście bohaterki od roli żony do roli kochanki. Uczucie ogarnia Hankę i Mata tak silnie, że nawet rodziny i dzieci nie powstrzymują ich przed zdradą.

Być może kluczem do odkrycia budowy powieści jest jej tytuł: Pasja według św. Hanki. Duża część książki to próba ilustracji słowa „pasja” w znaczeniu: namiętnego przejęcia się czym, zamiłowania do czegoś*. To próba opisania przez główną bohaterkę wszechogarniającego ją uczucia. Wypowiedź ta jest miejscami pełna patosu, histerycznego drżenia, euforii. Jednak w pełni zrozumiała i prawdziwa, przynajmniej dla kogoś kto choć raz mierzył się z podobnym uczuciem. Hanka próbuje opisać wszystkie odcienie miłości od głębokiej fizycznej rozkoszy po gorzki smak zdrady i ból oczekiwania. Tytuł odnosi się również do dalszej części książki. Dlaczego świętej Hanki? Być może dlatego właśnie, że tak pełnej sprzecznych emocji, poddanej torturze wyboru, która doprowadza ją i Mata prawie do granic obłędu. Ta walka nie jest jedynie wewnętrzna, cierpią wszyscy: kochankowie, mąż, żona i dzieci. Kobieta doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji swych decyzji, o czym świadczą jej słowa komentujące kwestię rozstania i rozwodu: ryzyko jest duże, trwoga wielka jest i jest bardzo zimno, dusza zbiorowa rodziny długo i boleśnie się rozrywa, można zwariować, ja zwariowałam, można znienawidzić miłość, ja znienawidziłam. (s.352)

Znów, tak jak i w pierwszej powieści zachwyca język, którym posługuję się poetka. Znów to proza pisana poezją. W akcję powieści wplecione są gęsto opowieści Hanki z jej przeszłości: pierwsze miłości, koledzy z klasy, koleżanki, przyjaciółki. Przywołuje ich postacie, by móc przyjrzeć się im i przejrzeć się w ich odbiciach w swej pamięci. Być może znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego postępuje tak, a nie inaczej? Dlaczego taka jest? Ponadto uzupełnia swoje spojrzenie na uczucia rozważaniami o naturze miłości czynionymi przez filozofów i artystów oraz biologicznymi ciekawostkami z życia seksualno-miłosnego fauny i flory.

To piękna książka ale nie łatwa. Miejscami to proza denerwująca, czasem mądra, głęboka, refleksyjna. Tak jak opisywana w nich miłość wraz ze wszystkimi odcieniami emocji. Polecam.

Ciekawa recenzja książki na blogu Krytycznym okiem.

Anna Janko, Pasja według św. Hanki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012

*Mały Słownik Języka Polskiego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1997

Kup kochance męża kwiaty

kup-kochance-meza-kwiatyokladka „Boginią jesteś od początku do końca życia, ale boginią świadomą możesz być dopiero od pewnego momentu. To jest cały proces polegający na zbieraniu doświadczeń. I robienia z nich dobrego użytku. To jest kochanie siebie, to jest posiadanie ładnego, miękkiego szlafroka, swojego wygodnego fotela, kupowanie sobie ładnych rzeczy, picie kawy z pięknej filiżanki. Jeśli nas nie stać na rzeczy, to zawsze może to być spacer, ćwiczenia fizyczne, dobre myślenie o sobie i troska o siebie.”

Czytam powtórnie te słowa napisane przez Katarzynę Miller w książce Kup kochance męża kwiaty. Gdybym mogła zadedykowałabym je mojej nieżyjącej babci. Była kobietą piękną, charyzmatyczną, silną lecz naznaczoną melancholią. Z perspektywy dorosłej kobiety – jej wnuczki widzę, że prócz stygmatu przeżyć związanych z wojenną zawieruchą,  dużo dotkliwszy i bardziej wyniszczający okazał się dla niej brak dobrych uczuć wobec samej siebie. Z jednej strony stanowiła centrum swojego świata, jednak z drugiej tego środka nie potrafiła nawet darzyć sympatią. Trudno tak żyć…

Między innymi tej kwestii dotyka książka Miller. Wbrew tytułowi nie traktuje ona jedynie o męskiej niewierności. Autorka – psycholog z wieloletnim stażem i doświadczeniem opisuje temat zdrady o wiele szerzej. Pisze o zdradzie, która dotyka nas ze strony rodziców, bliskich, przyjaciół i wreszcie tej, którą fundujemy sobie sami. W kontekście zdrady pisze o poznawaniu samych siebie, swoich pragnień i dorastaniu. O szacunku do siebie, który może być podstawą udanego związku ale też naszą opoką, gdy dotknie nas rozczarowanie i fundamentem, na którym odbudujemy się na nowo po kolejnych klęskach.

„(…) Przede wszystkim powinniśmy umieścić w tych zasadach jedną „dbaj o siebie”. To powinna być pierwsza zasada. I „bądź szczęśliwy, to jest twój obowiązek”. Dostałeś dar życia , jedyny, jaki dostałeś na zawsze, więc bądź szczęśliwy. Podoba mi się zdanie Wojtka Eichelberga „Zajmij się sobą i daj światu odetchnąć”. Czyli  że gdy tobie będzie dobrze, to świat tylko na tym zyska. Wtedy buduje się kolejna enklawa spokoju, w której człowiek się cieszy, a jak ma naddatki, to może porozdawać innym.”

Ostatnie zdanie ważne również w kontekście zbliżających się Świąt.

Oba cytaty pochodzą z książki:

Kup kochance męża kwiaty, Katarzyna Miller, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2011 (wg kolejności: s.192/3 oraz 150)