Niespiesznie przeglądając: Monitor Magazine.

MONITOR_MAGAZINE_03Być może za sprawą tak ociągającej się zimy, która wyczerpuje do cna lub zmian i napierającej rzeczywistości, dość, że ostatnio bardzo trudno było mi złożyć w notkę choćby kilka zdań. Nie był to czas pusty czytelniczo, zatem czas nadrobić zaległości i w bardziej wiosennej odsłonie, ponownie pochylić się nisko przed Czytelnikami, podziękować za ich cierpliwość i zabrać się do pracy 🙂

Pierwszy numer Monitor Magzine kupiłam będąc z wizytą w Warszawie. Zwrócił moją uwagę nieszablonową szatą graficzną: prostą, wyrazistą i oszczędną  – tak odmienną od krzykliwych okładek spośród których go wyłowiłam. Szczerze pisząc miałam obawy czy utrzyma się na rynku. Cieszę się, gdyż ostatnio natrafiłam na trzeci numer. Niestety, w moim mieście, dociera tylko do dużego sklepu na e. i to chyba w niewielkiej ilości egzemplarzy, z konkretnym opóźnieniem (trzeci numer obejmuje okres od stycznia do marca).

Magazyn reklamowany jest słowami: „Pierwszy w Polsce magazyn lifestylowo-biznesowy, który poprawia jakość życia”. Nie wiem, czy rzeczywiście ma takie magiczne właściwości ale zdecydowanie, przynajmniej dla mnie, przyciąga uwagę. Tak jak pisałam – jest solidnie zaprojektowany. Bardzo odpowiada mi staranna typografia, układ graficzny, dobre fotografie. Magazyn, co trzeba docenić, jest spójny nie tylko pod względem graficznym (oprócz wymienionego układu i czcionki również wybór stonowanej palety kolorów) lecz także wydawniczym (dobranie odpowiedniego papieru) oraz merytorycznym (treść artykułów, selekcja reklamodawców).

Monitor podzielony jest na sześć części: design, biznes, kultura, styl, podróże i kuchnia. Współpracuje ze specjalistami w wymienionych dziedzinach, z blogerami, fotografami. Wraz z tym numerem do zespołu dołączyły jako felietonistki  Anda Rottenberg i Anna Dziewitt-Meller. W tym numerze szczególnie ciekawe dla mnie okazały się artykuły: o współpracy sztuki i biznesu, tekst o biznesowej rewolucji, czyli o początkach współczesnych marek gigantów, rozmowa z Agatą Szydłowską i tekst o jej książce „Miliard rzeczy dookoła”, felieton Andy Rottenberg, rozmowa z kaligrafem Nicolasem Ouchenirem, a także raport o polskim rynku kawy. Bardzo ciekawym pomysłem jest również współwydawany z Monitorem magazyn White Plate, któremu patronuje znana blogerka Eliza Mórawska. Na razie jest dość skromnie ale ciekawie: są przepisy  ( wow! nawet dla ciasteczka dla psów), piękne zdjęcia i kilka ciekawych artykułów, między innymi o fotografii analogowej autorstwa Patrycji Doleckiej (autorki bloga truffle-in-a-rum-chocolate.blogspot.com). W tym numerze pojawiła się możliwość zamówienia prenumeraty i uzupełnienia archiwalnych, pierwszych dwóch numerów kwartalnika.

Z dużą ostrożnością podchodzę do czasopism z gatunku lifestyle, często są one pretensjonalne lub jak zwykle mawia mój kolega – „hipsterskie”. Jeśli jednak w przypadku Monitor Magazine „hipsterstwem” ma się okazać promowanie polskiego designu i wydawanie mądrego, dobrze zaprojektowanego czasopisma to chyba poruszamy się w dobrą stronę. Polecam uwadze i czekam na kolejny numer.

Monitor Magazine, nr 1(3) 2013, Redaktor naczelny/Wydawca: Sebastian Kustra

Reklamy

Uczta bogiń

ucztabogin

Rozpocznę od wyznania: uwielbiam książki o sztuce. Posiadanie albumów, biografii, książek dotyczących sztuki, a w szczególności fotografii sprawia mi radość. Od czasu do czasu ściągam poszczególne książki z półek, niby porządkuję, kartkuje, przeglądam ale już sama świadomość, że w każdym momencie mogę do nich sięgnąć, że są moje (trochę wstyd wyznać) poprawia mi samopoczucie. Dlatego z taką radością przywitałam obecność kolejnej książki z tej dziedziny. Sięgając po książkę Uczta bogiń napisaną przez Marię Poprzęcką, moim pierwszym skojarzeniem było odwołanie do obrazu „Uczta bogów” autorstwa renesansowego malarza o nazwisku Giovanni Bellin. Okazuje się jednak, że za inspiracje do tego tytułu autorce posłużyła instalacja Judy Chicago pod tytułem „Dinner party” powstała w 1979 roku, obecnie znajdująca się w Brooklyn Museum w Nowym Jorku.

Autorka książki jest historykiem i krytykiem sztuki, pracuje jako profesor na Uniwersytecie Warszawskim. Jak sama mówi: „nie zostałam artystką dlatego, że stawiałam przed sztuką i przed artystami bardzo wysokie wymagania i wiedziałam, że im nie sprostam. Nie zostałam artystką z wielkiej miłości do sztuki”.* Wysokie wymagania wyznaczone twórcom profesor Poprzęcka stawia również w tej książce. Zaprasza na swoją „ucztę” i  do swojego „stołu” wybitne osobistości. Ściśle rzecz biorąc dwanaście kobiet, których życie wiązało się ze sztuką nie tylko dlatego, że były muzami, kochankami lub żonami artystów ale przede wszystkim dlatego, że same spełniały się jako autorki: fotografii, obrazów, rysunków, instalacji, biżuterii, tkanin, rzeźb, itp. We wstępie czytamy:

„Co zatem łączy te kobiety? Wszystkie, czując siłę swojej płci, świadomie kierowały swoim życiem, nie godziły się na przeciętność, były zdolne do ryzyka, nie poddawały się przeciwnościom losu. No i tworzyły sztukę, choć może z nierównym sukcesem. Ale to sztuka była siłą sprawczą ich niezwykłych życiorysów.”**

Wybór padł na artystki żyjące w większości w XX wieku, głównie przedstawicielki związane w jakiś sposób z ruchami awangardowymi, m.in: Nadia Leger, Dora Maar, Sonia Delaunay. Każdy rozdział to kolejne spotkanie. Mnie szczególnie zaś zależało, by przyjrzeć się jedynej w tym gronie pani fotograf (niesamowicie drażni mnie sformułowanie „fotografka”, dlatego z premedytacją je pomijam), czyli Julii Cameron. Przyznam, że jestem miło zaskoczona, gdyż pomimo, że znałam niektóre fakty z jej życia – głównie z wykładów historii fotografii, to jednak zawsze były to wykłady i opracowania  wsadzające do przysłowiowego worka wszystkich twórców z danego okresu. Poprzęcka zaś poświęcając Cameron cały rozdział pozwala w pełni przyjrzeć się jej życiu i twórczości tej nietuzinkowej artystce.

Książka ta, pomimo, że nie jest typowym albumem o sztuce w twardej obwolucie, jest bardzo ładnie wydana. Ciekawy projekt okładki, liczne zdjęcia i reprodukcje, przejrzyście umieszczony oraz starannie zredagowany tekst sprzyja lekturze. Książkowe wydanie powoduje, że nie jest to jedynie publikacja przeznaczona do przeglądania w domowym zaciszu, a z powodzeniem możemy ją wszędzie zabrać ze sobą.

Powracając do treści: dla mnie prawdziwa perła to ostatni rozdział książki poświęcony w lwiej części opisowi dzieła Judi Chicago „Dinner Party” oraz temu w jaki sposób artystka pracowała nad nim. Samo dzieło jest również pretekstem do stawiania kluczowych pytań w kontekście kobiet: dlaczego w historii zarówno politycznej, gospodarczej, jak i artystycznej jest tak niewiele kobiet?, dlaczego to wciąż historia, a nie herstoria?, jak narodziła się sztuka feministyczna i do czego dążyła?, wreszcie jakie słabości i dalsze pytania niesie za sobą podział na sztukę kobiecą i męską? Przyznam szczerze, że ten tekst dał mi wiele do myślenia i wiem, że jeszcze wiele razy będę do niego powracać.

Uczta bogiń to wyjątkowa książka, którą zdecydowanie mogę polecić. Co ważne w przypadku opracowań związanych ze sztuką, śmiało można ją powierzyć do przeczytania każdemu. Do jej lektury wystarczy jedynie minimalna wiedza z tej dziedziny. Autorka z lekkością, czasem z humorem w ciekawy sposób przybliża nam poszczególne losy kobiet znakomicie kreśląc obraz czasów, w których żyły i układów, w których funkcjonowały. Ten słowny obraz historyczno-obyczajowego tła sprawia, że poszczególne postacie nie są jedynie opisane poprzez suche biograficzne fakty, a zdają się żywymi postaciami targanymi emocjami. Profesor Poprzęcka zaprasza nas-czytelników na wyjątkową ucztę, taką, którą należy się rozkoszować, smakować poszczególne opowieści i cieszyć się wyjątkowym towarzystwem, towarzystwem bogiń sztuki.

Ostatnie słowa książki dedykuję wszystkim kobietom:

„W tym wszystkim nie ma żadnego „kobiecego” sentymentalizmu. Jest piękno i poczucie godności. Takie jesteśmy. Gotując i pisząc wiersze, pielęgnując dzieci i angażując się w politykę, haftując i wykładając na uniwersytecie, pozostając w domu i robiąc światowe kariery, ciesząc się i płacząc, kochając i zmagając się z rzeczywistością…” ***

Za książkę dziękuję wydawnictwu Agora S.A.

* cytat z wywiadu udzielonego wydawnictwu internetowemu dwutygodnik.com

** cytat s.8-9, Uczta bogiń
*** cytat s.216, Uczta bogiń

Maria Poprzęcka, Uczta bogiń, Agora S.A., Warszawa 2012

Wilczyce

wilczyce-aneta-borowiec-1

Na okładce czarno białe zdjęcie – biegnąca po ścieżce postać dziewczynki w białej letniej, sukience, różowy kolor otaczający białe napisy tytułu – zdecydowanie mogłam się spodziewać, że sięgam po książkę należącą do tak zwanej „literatury kobiecej”. W tym wypadku się nie myliłam, jednak już tytuł powieści Wilczyce zmylił mnie kompletnie. Spodziewałam się kolejnej opowieści skrojonej na miarę serialowego Seksu w wielkim mieście: kilka wyzwolonych, młodych kobiet zmagających się z życiem w dużej metropolii. Autorka Aneta Borowiec zgotowała nam – czytelnikom niespodziankę, gdyż Wilczyce to nazwa miejscowości, w której mieszkają dziadkowie książkowej postaci – Natalii Niekomskiej, do których często jeździła jako dziecko. Główna bohaterka powieści ma około trzydziestu lat, mieszka w mieście, ma niewielkie grono przyjaciółek i narzeczonego. Na tym jednak kończą się podobieństwa do serialowych bohaterek. Sama autorka przyznaje: Nie bardzo mnie interesują tak wyzwolone kobiety, te mniej wyzwolone są dużo ciekawsze.* Prawdopodobnie dlatego Natalia pracuje w archiwum, a swój zawód traktuje jak powołanie, prowadzi zdrowy tryb życia, marzy o dużej rodzinie, nie lubi niespodzianek, ani zmian.

Zanim Natalia trafia ponownie do tytułowych Wilczyc, poznajemy jej trudne relacje z matką, problemy jej i jej przyjaciółek, przyglądamy się jej związkowi. Zwrotem akcji okazuje się zdrada narzeczonego. Głównie to wydarzenie powoduje zmianę wakacyjnych planów i powrót bohaterki do miejsca i czasów, gdy jej życie było prostsze (cytat z okładki książki), czyli domu babci i dziadka w Wilczycach.

Najobszerniejszą i najciekawszą częścią książki stanowi właśnie pobyt Natalii na wsi. Tam dowiaduje się o długo skrywanym rodzinnym sekrecie, który zaważył na losach wielu członków rodziny. Powoli zaczyna rozumieć czego ona sama tak naprawdę chce i jakkolwiek patetycznie to brzmi –  dojrzewa do samej siebie.

Niewątpliwie Wilczyce bardzo dobrze się czyta. Choć przyznam, że miejscami język powieści mocno mnie irytował z powodu banalności i infantylnych porównań. Duży plus dla autorki za nakreślenie tak nieszablonowej głównej bohaterki. Choć opisane w książce wydarzenia nie są oczywiste i łatwe do przewidzenia, to czytając miałam wrażenie, że często sama autorka nie wiedziała jak dalej potoczy się fabuła, że to raczej pisana historia ją „prowadziła”. Czasem taka koncepcja się sprawdza jednak, moim zdaniem, tutaj nie do końca wpłynęło to na pozytywny odbiór lektury.

Muszę przyznać, że powieść nie zachwyciła mnie. Niestety nie broni się ciekawą budową, językiem, zakończeniem. Jest jednak w niej coś, co nie pozwala mi jednoznacznie jej przekreślić. Siła tej opowieści to jej klimat. Czytając ją znowu miałam wrażenie, że mam naście lat i wracam do lektur, którymi wtedy się zaczytywałam. Kiedy z wypiekami na twarzy, najczęściej w letnie dni lub w trakcie wakacyjnych podróży czytałam książki Krystyny Siesickiej czy Aleksandra Minkowskiego. Autorka pozwoliła mi znów przywołać wspomnienia o moich nieżyjących już dziadkach, odnaleźć w pamięci dobre wspomnienia. Być może rację ma również autorka bloga Krótkotrwałe zniekształcenie rzeczywistości, że jest to książka w sam raz na letni urlop w pięknym wiejskim domu otoczonym ogrodem pachnącym lawendą. Choć w trakcie, gdy wszyscy czekamy na pierwszy powiew wiosny takie książki mogą pomóc „dotelepać się” resztką sił do kresu zimy 😉

* Cytat pochodzi z wywiadu udzielonego przez Anetę Borowiec portalowi Gazeta.pl, źródło tu.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Agora S.A.

Aneta Borowiec, Wilczyce, Agora S.A., Warszawa 2012

Cykl DKK: Widma w mieście Breslau

widma-w-miec59bcie-breslau  Prawdopodobnie nie sięgnęłabym po tę książkę z własnej inicjatywy. Przyznaję, nie jestem miłośniczką kryminałów. Pomimo prób mierzenia się z klasyką tego gatunku, czyli powieściami Agathy Christie nigdy nie połknęłam przysłowiowego czytelniczego haczyka, by z wypiekami na twarzy snuć domysły: kto zabił. Książkę Marka Krajewskiego Widma w mieście Breslau przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki (w czym rzecz – na końcu postu).

 Widma… to trzecia  (po Śmierci w Breslau i Końcu świata w Breslau) część opowieści o śledztwach prowadzonych przez Eberharda Mocka- asystenta kryminalnego, pracownika Prezydium Policji Oddziału Obyczajówki. Akcja powieści rozgrywa się w 1919 roku, w przedwojennym Wrocławiu. Wszystko rozpoczyna się, gdy w pierwszych dniach września zostają odnalezione w rozlewiskach Odry pokaleczone ciała czterech młodych mężczyzn – marynarzy. Mock zostaje wciągnięty w całą sprawę, gdyż morderca wymienia go z imienia i nazwiska w liście, w którym cytując Biblię, próbuje nastraszyć go i grozi, że jeśli nie przyzna się do winy to pojawią się następne ofiary. Od tego momentu wraz z głównym bohaterem zostajemy wciągnięci w grę. Poznając kolejne części kryminalnej układanki wdzieramy się w życie półświatka Breslau, gdzie króluje zło, niejasne układy, używki, kobiety lekkich obyczajów i  mroczne sekrety. Coraz bardziej poznajemy również postać Mocka: jego historię, dzieje jego rodziny, słabość do dobrego jedzenia, alkoholu i rudowłosych kobiet.

 Od pierwszych stron powieści towarzyszyło mi wrażenie „gęstości”, zarówno w znaczeniu odebrania całego klimatu książki ale również w kwestii ilości akcji, bohaterów oraz przytoczonych opisów miejsc i przedmiotów. Ta drobiazgowość i szczegółowość autora jest godna podziwu, gdyż dzięki temu znakomicie zarysowuje on klimat tamtego czasu i miejsc. Przyznam, że nie wiem, czy realia z tamtego czasu zostały zachowane lecz uległam wrażeniu wiernej rekonstrukcji minionego świata. Z podobną starannością zostały odwzorowane lub wykreowane postacie występujące w książce. Często miałam wrażenie, że wręcz widzę poszczególne gesty osób lub słyszę kroki lakierowanych butów Mocka na brukowanych uliczkach miasta. Aż dziw, że nikt jeszcze nie pokusił się o zekranizowanie tej historii.

 Jednym z głównych bohaterów powieści Krajewski uczynił również miasto, co ciekawe opisuje je nie poprzez zabytkowe budowle lecz raczej poprzez zaułki, zapuszczone mieszkania, ciemne klatki schodowe,  zsypy. Autor nie oszczędza swoich czytelników ukazując nie tylko podłe dzielnice ale również podłości ludzkich sprawek i fizjologię ciał. Nie chcę zdradzać szczegółów zakończenia jednak muszę wspomnieć, że bardzo mnie ono rozczarowało. Wydaje się zdecydowanie niewiarygodne i „naciągane”. Chyba jednak odpowiada mi bardziej struktura kryminału umożliwiająca samodzielną dedukcję czytelnika i rozwikłanie przez niego kryminalnej zagadki. W przypadku tej książki jest to wręcz niemożliwe. Jednak zachęcam do lektury, gdyż powieść rzeczywiście wciąga, trzyma w napięciu i jest znakomitą rozrywką z pod znaku ciemnej gwiazdy.

 Wspomniałam o Dyskusyjnym Klubie Książki. Jest to inicjatywa, której patronuje Instytut Książki. Na stronie w zakładce DKK możemy sprawdzić, czy taki Klub działa również blisko naszego miejsca zamieszkana. Spotkania Klubów mają miejsce zazwyczaj w filiach bibliotek wojewódzkich (w przypadku Torunia w filiach Książnicy Kopernikańskiej), zwykle raz w miesiącu w godzinach dopasowanych do uczestników. Spotkania nie tylko są okazją do rozmowy na temat przeczytanej książki ale również szansą na poznanie nowych ludzi, którzy mieszkają w naszej okolicy. Gorąco zachęcam do włączenia się. Za miłe spotkanie dziękuję Paniom z Filii Książnicy Kopernikańskiej nr 3 i Klubowiczom 🙂

baner-dkk

Marek Krajewski, Widma w mieście Breslau, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005

Pasja według św. Hanki

Janko_Pasja wg sw Hanki_m___W jednej z poprzednich notek odgrażałam się, że minie nieco czasu zanim będę chciała sięgnąć po wydaną w tym roku kontynuację poprzedniej powieści Anny Janko Dziewczyna z zapałkami. Minęło ponad pół roku, czas zatoczył niewielkie koło i powracam do twórczości tej autorki. Sama jestem zaskoczona moimi wrażeniami po jej lekturze. Być może to ja się tak zmieniłam, być może to kwestia tego, że dalsza część historii tej samej bohaterki Hanny jest książką zupełnie inną od prozatorskiego debiutu Janko. Być może także, że sięgnęłam po Pasję według św. Hanki we właściwym dla niej (książki) i siebie czasie. Zdarza się tak czasami, że natrafiamy na książkę, która być może nie przejdzie do historii literatury ale wpasowuje się idealnie w odpowiedni moment, zanurza się w emocjonalnych trzewiach czytającego i mocno dotyka. Przeczytana zbyt wcześnie lub po czasie nie będzie odebrana już w tak intensywny sposób. Mam przeczucie, że prawdopodobnie tak dzieje się i z tą pozycją.

Zakochany człowiek nie ma sumienia – to pierwsze zdanie powieści. Otwiera ono historię Hanny – 37 letniej kobiety, żony Pawia (Pawła) i matki dwójki dzieci: nastoletniego chłopca i młodszej dziewczynki. Hanka przygląda się swemu życiu, wciąż (tak jak i w pierwszej powieści) tkwi w związku, który umiera. W tym braku miłości i zawieszeniu pojawia się nisza i miejsce na nowe-stare uczucie. Na uczucie do Mateusza – kolegi poety, który od lat czeka na Hankę, kocha ją. Janko opisuje trudne przejście bohaterki od roli żony do roli kochanki. Uczucie ogarnia Hankę i Mata tak silnie, że nawet rodziny i dzieci nie powstrzymują ich przed zdradą.

Być może kluczem do odkrycia budowy powieści jest jej tytuł: Pasja według św. Hanki. Duża część książki to próba ilustracji słowa „pasja” w znaczeniu: namiętnego przejęcia się czym, zamiłowania do czegoś*. To próba opisania przez główną bohaterkę wszechogarniającego ją uczucia. Wypowiedź ta jest miejscami pełna patosu, histerycznego drżenia, euforii. Jednak w pełni zrozumiała i prawdziwa, przynajmniej dla kogoś kto choć raz mierzył się z podobnym uczuciem. Hanka próbuje opisać wszystkie odcienie miłości od głębokiej fizycznej rozkoszy po gorzki smak zdrady i ból oczekiwania. Tytuł odnosi się również do dalszej części książki. Dlaczego świętej Hanki? Być może dlatego właśnie, że tak pełnej sprzecznych emocji, poddanej torturze wyboru, która doprowadza ją i Mata prawie do granic obłędu. Ta walka nie jest jedynie wewnętrzna, cierpią wszyscy: kochankowie, mąż, żona i dzieci. Kobieta doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji swych decyzji, o czym świadczą jej słowa komentujące kwestię rozstania i rozwodu: ryzyko jest duże, trwoga wielka jest i jest bardzo zimno, dusza zbiorowa rodziny długo i boleśnie się rozrywa, można zwariować, ja zwariowałam, można znienawidzić miłość, ja znienawidziłam. (s.352)

Znów, tak jak i w pierwszej powieści zachwyca język, którym posługuję się poetka. Znów to proza pisana poezją. W akcję powieści wplecione są gęsto opowieści Hanki z jej przeszłości: pierwsze miłości, koledzy z klasy, koleżanki, przyjaciółki. Przywołuje ich postacie, by móc przyjrzeć się im i przejrzeć się w ich odbiciach w swej pamięci. Być może znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego postępuje tak, a nie inaczej? Dlaczego taka jest? Ponadto uzupełnia swoje spojrzenie na uczucia rozważaniami o naturze miłości czynionymi przez filozofów i artystów oraz biologicznymi ciekawostkami z życia seksualno-miłosnego fauny i flory.

To piękna książka ale nie łatwa. Miejscami to proza denerwująca, czasem mądra, głęboka, refleksyjna. Tak jak opisywana w nich miłość wraz ze wszystkimi odcieniami emocji. Polecam.

Ciekawa recenzja książki na blogu Krytycznym okiem.

Anna Janko, Pasja według św. Hanki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012

*Mały Słownik Języka Polskiego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1997

Niespiesznie przeglądając: o ciekawym kwartalniku.

instalacja bibliotekaPrzeglądając wczoraj ulubioną listę blogów natrafiłam na tekst, który przywołuje Eva Scriba i zrobiło mi się nieco nieprzyjemnie, powiedzmy szczerze, po prostu wstyd. Tak jak autor przytaczanego tekstu Krzysztof Stanecki, mam poczucie uwsteczniania się w kwestii wiedzy o świecie. Jeden z ostatnich akapitów artykułu (dostępnego, wraz z jego kontynuacją tu) sprawiło, że przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz: Po prostu teraz już nie umiem sobie poradzić bez wikipedii. Jak padną jej serwery, zostanę półgłówkiem z zalążkiem wiedzy na temat władz w Polskim Stronnictwie Ludowym czy w innej niepotrzebnej do niczego partii, z olbrzymią wiedzą na temat cycków w show-biznesie i rozwodów wśród aktorów, ale za to bez podstawowych informacji na temat świata. Oczywiście, że jest to może uproszczenie, przecież każdy ma wolą wolę i sam podejmuje decyzje co wybiera i w jaki sposób przyswaja z informacyjnego szumu (o czym  traktuje też artykuł uzupełniający). Dość, że ziarna niepokojących myśli zostały zasiane.

Przeglądając świąteczne, papierowe wydanie Gazety Wyborczej natrafiłam w kontekście wczorajszej lektury na ciekawy artykuł pod nieco dziwnym tytułem: Szarża samotnego bibliotekarza. Przedstawia on postać Lewisa Laphama, legendarnego exnaczelnego Harper’sa, który pięć lat temu założył kwartalnik Lapham’s Quarterly. Jego ideą było „uporządkowanie” wiedzy dawnych myślicieli dostępnej w tak łatwy obecnie sposób poprzez internet. Paradoksem jest, że pomimo szerokiego dostępu do wszelkiego rodzaju tekstów (np. Google Books, JSTOR)  niewiele osób do nich dociera i umie z nich korzystać. Cytując artykuł, rola Laphama sprowadza się do bycia mądrym bibliotekarzem, który doradziłby czytelnikom, jak poruszać się po jej przepastnych zasobach.* Każdy numer Lapham’s Quaterly skupia się na jednym temacie, m.in:  miłości, polityce, pieniądzach.  W większości są to testy źródłowe, nie brak również oryginalnych komentarzy i esejów. Do współpracy redaktor naczelny zatrudnia doradców, którzy pomagają mu w doborze tekstów oraz współpracuje z wybitnymi eseistami. Ciekawy jest dobór tekstów i ich zestawienie, gdyż w jednym numerze obok siebie mogą znaleźć się fragmenty zarówno współczesne jak i z przed wielu setek lat, te pisane w formie esejów, jak również mniejsze i lżejsze gatunkowo fragmenty. Główną fascynacją Laphama jest historia, którą ceni przede wszystkim jako bogactwo doświadczeń. Według niego, właśnie z historii powinniśmy czerpać wiedzę i w niej poszukiwać odpowiedzi na nurtujące nas-współczesnych problemy. O swoim zadaniu mówi: Otwieram te skrzynie z kosztownościami z dawnych epok, żeby inni też mogli się nimi nacieszyć.*

Przywołuję i polecam ten artykuł, gdyż niesamowicie podoba mi koncepcja powstania tego typu pisma. Cieszy mnie, że ktoś ma jeszcze pomysł tak szlachetny w swoim założeniu – ocalenia i udostępnienia dorobku intelektualnego ludzkości. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że Laphamowi prawdopodobnie nie chodzi jedynie o same idee, w końcu wydaje czasopismo i na tym zarabia. Jednak wyczuwam w tym tę nutkę szaleństwa misji i pasji podzielenia się wiedzą. Porwał się na wydawanie czasopisma w czasach, kiedy papierowe wydawnictwa upadają i w całości przenoszą się w świat wirtualny. Szkoda, że nie możemy cieszyć się tym tytułem w Polsce. Nie znalazłam go dostępnego w żadnej bibliotece w Polsce (może komuś z czytających się udało). Niestety też nie działa możliwość połączenia się ze stroną dotyczącą prenumeraty.

Powracając zaś do artykułu otwierającego tekst – odczuwam dziś niewielkie pocieszenie. Może jednak nie jest z nami – konsumentami codziennych newsów – tak źle, jeszcze wielu z nas chce się poszukiwać nico ciekawszych informacji. Wierzę, że wymagający czytelnicy nie zasypią gruszek w popiele.  Marzę o tego typu intelektualnej uczcie w postaci podobnego czasopisma, które będzie dostępne również w naszym kraju.

*artykuł: Szarża samotnego bibliotekarza, Ron Rosenbau, tłum. Ludwika Włodek, W: Gazeta Wyborcza nr 16/2013, sobota-niedziela 19-20 stycznia 2013 r.

Fotografia: Nicolas Grospierre, fragment instalacji „Biblioteka”, 2006. Źródło wykorzystanej fotografii tu.

Kochanie, zabiłam nasze koty

Kochanie_zabiłam_RGBRzeczywistość mojej powieści jest jak scenografia z dykty. Parodia pretensjonalnego teatru, ale i amerykańskiej powieści z serii wydawniczej ”Salamandra” z pokrojonym w plasterki sercem na okładce.*

Tak o swojej najnowszej powieści Kochanie zabiłam nasze koty wypowiadała się jej autorka Dorota Masłowska w jednym z wywiadów, których w ilościach wręcz hurtowych udzielała podczas wprowadzania książki na rynek wydawniczy. To moje kolejne spotkanie z prozą Masłowskiej i chyba nieco bardziej udane niż zmaganie zakończone porażką czytelniczą w związku z książką Woja polsko-ruska… Przyznaję, że prawdopodobnie znów nie sięgnęłabym po jej książkę, gdyby nie zaintrygowałyby mnie wywiady z autorką na łamach prasy i zasłyszane w radiu.

Według autorki powieść ma być swego rodzaju satyrą na czasy współczesne, dokładną obserwacją wraz z wytknięciem jej wad i  śmieszności. „Akcja” powieści toczy się poza Polską w dużym mieście przypominającym kształtem wizję metropolii znanych z amerykańskich seriali. Postacie głównych bohaterek Fah i Jo, to też jakby cienie wyobrażeń filmowych postaci. Na kolejnych kartkach poznajemy ich jałowe życie, dręczące koszmary i obsesje, mierność pracy i relacji. Trudno jest opisać akcję powieści, bo właściwie nie ma jej wcale. Jako postacie epizodyczne pojawia się jeszcze Go – symbol alternatywy, która już nie jest wcale alternatywna i samej autorki  – pisarki cierpiącej na twórczą niemoc.  Wszystko przeplatane jest  snami głównych bohaterek, gdzie granice rzeczywistości już zupełnie się zacierają.

Po przeczytaniu tej książki mam mieszane uczucia. Czy mogę polecić tą książkę do przeczytania? Z powodu języka na pewno tak. Książka napisana jest znakomicie. Masłowska ma swój styl i język, którym świetnie się posługuje.  Jednak nie mogę powstrzymać się od wrażenia, że książka ta „nie dotyka mnie”. Wskazuje ale nie analizuje, nie zadaje pytań, nie porusza. Jest napisana z pozycji autora-beznamiętnego obserwatora. Mam wrażenie, że ten zabieg powoduje również przydzielenie podobnej roli czytelnikowi. Nie wiem, czy winę za ten stan ponosi sama książka, czy może moje osobiste nastawienie do prozy tej autorki. Być może znów, tak jak w przypadku wymienionej wyżej książki, adaptacja filmowa okaże się dla mnie idealną formą przyswojenia jej prozy. Czas pokaże.

Moim zdaniem zdecydowanie lepiej poradził sobie z podobnym tematem Piotr Czerwiński w książce Pigułka wolności, ale o tym kolejnym razem.

Ps. Ciekawa recenzja książki Masłowskiej na blogu Z tekstu.

* Dorota Masłowska: jestem Bogiem rzeczy małych, W: Wysokie Obcasy nr 42 (697) z 20.10.2012 roku

 Kochanie, zabiłam nasze koty, Dorota Masłowska, Noir Sur Blanc, Warszawa 2012