Poniedziałkowe dzieci

Jest grudzień, za oknem cicho pada śnieg. Zamyślam się. Pamiętam, że to było dokładnie 8 grudnia, też padał śnieg. Którego roku? Nie pamiętam. Byłyśmy wtedy w liceum. Wydawało się nam, że jesteśmy już takie dorosłe. Siedziałyśmy na jednej z kolejnych lekcji, gdy okazało się, że wszyscy musimy opuścić szkołę z powodu jakiejś awarii. Mamy iść do domów, lekcje odwołane. Ten dzień był jak prezent, jak prezent z zaświatów od Jima Morrisona, który tego dnia obchodziłby swoje kolejne urodziny. Tak bardzo chciałyśmy wierzyć, że to nie przypadek. Pamiętam, że poszłyśmy nad Wisłę. Było zimno, brodziłam w białej brei swoimi nowymi, wybłaganymi od rodziców, czarnymi martensami. Włóczyłyśmy się po mieście z głowami pełnymi piosenek Doorsów, boskiej Janis, Henrixa, Zeppelinów, wczesnych Stonsów. Wydawało się nam, że mamy przed sobą ocean wolnego czasu, bunt i wolność  w sobie. Resztki kieszonkowego wydałyśmy na grzane wino w knajpie przy kościele, tej której od dawna już nie ma. Potem przeglądałam stosy książek w antykwariatach…

Patrząc wstecz okazuje się, że tak mało dni przeżyliśmy pamiętając z nich cokolwiek, przez większość z nich nasza pamięć prześlizguje się po omacku, jak po ciemnym korytarzu. Patti Smith pisząc swoje Poniedziałkowe dzieci wydobywa z cienia dni lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Opowiada o sobie, przyjaciołach, Nowym Jorku ale przede wszystkim o relacji z Robertem Mapplethorpem, jak sama pisze artystą jej życia. Piękną i mądrą recenzję tej książki warto przeczytać tutaj: god save the book

Piękna książka, która porusza we mnie delikatne struny wspomnień związanych z muzyką i fascynacji niepokorną fotografią Roberta Mapplethorpe’a. Ciekawy zapis tamtego czasu i klimatu oraz dorastania artystów przez duże A.

Patti Smith, Poniedziałkowe dzieci, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

Nie wierzę w życie pozaradiowe

 Jakkolwiek nieprawdopodobnie to dla mnie brzmi, rozpoczął się sezon wakacyjny. Nieprawdopodobność tej sytuacji wiąże się z tym, że mój urlop jest jeszcze tak odległy. Gdybym miała polecić książkę na wakacje to z czystym sumieniem mogłaby to być książka Marka Niedźwieckiego Nie wierzę w życie pozaradiowe. Być może, że w przychylnym odbiorze tej pozycji pomaga mi ogromna sympatia do Niedźwiedzia z ulubionej od dzieciństwa radiowej Trójki. Dlatego przymykam nieco oko na to, że ów Niedźwiedź nie jest mistrzem pióra. Książka jest napisana sprawnie, acz nie porywająco. Miejscami nieco brakuje jej lekkości, którą po części rekompensuje ciekawe wydanie pełne osobistych zdjęć oraz kartek z pamiętnika (pisanego ponoć aż do teraz). Jest to opowieść o jego życiu radiowym ale też tym które dzieje się już w domowym zaciszu. Z książki tej wyłania się portret wrażliwego, ciepłego człowieka. Najbardziej dotknęły mnie momenty, w których opowiada o samotności. Czy taka samotność z wyboru bywa łatwiejsza?

Marek Niedźwiecki, Nie wierzę w życie pozaradiowe, Agora S.A., Warszawa 2011