Wilczyce

wilczyce-aneta-borowiec-1

Na okładce czarno białe zdjęcie – biegnąca po ścieżce postać dziewczynki w białej letniej, sukience, różowy kolor otaczający białe napisy tytułu – zdecydowanie mogłam się spodziewać, że sięgam po książkę należącą do tak zwanej „literatury kobiecej”. W tym wypadku się nie myliłam, jednak już tytuł powieści Wilczyce zmylił mnie kompletnie. Spodziewałam się kolejnej opowieści skrojonej na miarę serialowego Seksu w wielkim mieście: kilka wyzwolonych, młodych kobiet zmagających się z życiem w dużej metropolii. Autorka Aneta Borowiec zgotowała nam – czytelnikom niespodziankę, gdyż Wilczyce to nazwa miejscowości, w której mieszkają dziadkowie książkowej postaci – Natalii Niekomskiej, do których często jeździła jako dziecko. Główna bohaterka powieści ma około trzydziestu lat, mieszka w mieście, ma niewielkie grono przyjaciółek i narzeczonego. Na tym jednak kończą się podobieństwa do serialowych bohaterek. Sama autorka przyznaje: Nie bardzo mnie interesują tak wyzwolone kobiety, te mniej wyzwolone są dużo ciekawsze.* Prawdopodobnie dlatego Natalia pracuje w archiwum, a swój zawód traktuje jak powołanie, prowadzi zdrowy tryb życia, marzy o dużej rodzinie, nie lubi niespodzianek, ani zmian.

Zanim Natalia trafia ponownie do tytułowych Wilczyc, poznajemy jej trudne relacje z matką, problemy jej i jej przyjaciółek, przyglądamy się jej związkowi. Zwrotem akcji okazuje się zdrada narzeczonego. Głównie to wydarzenie powoduje zmianę wakacyjnych planów i powrót bohaterki do miejsca i czasów, gdy jej życie było prostsze (cytat z okładki książki), czyli domu babci i dziadka w Wilczycach.

Najobszerniejszą i najciekawszą częścią książki stanowi właśnie pobyt Natalii na wsi. Tam dowiaduje się o długo skrywanym rodzinnym sekrecie, który zaważył na losach wielu członków rodziny. Powoli zaczyna rozumieć czego ona sama tak naprawdę chce i jakkolwiek patetycznie to brzmi –  dojrzewa do samej siebie.

Niewątpliwie Wilczyce bardzo dobrze się czyta. Choć przyznam, że miejscami język powieści mocno mnie irytował z powodu banalności i infantylnych porównań. Duży plus dla autorki za nakreślenie tak nieszablonowej głównej bohaterki. Choć opisane w książce wydarzenia nie są oczywiste i łatwe do przewidzenia, to czytając miałam wrażenie, że często sama autorka nie wiedziała jak dalej potoczy się fabuła, że to raczej pisana historia ją „prowadziła”. Czasem taka koncepcja się sprawdza jednak, moim zdaniem, tutaj nie do końca wpłynęło to na pozytywny odbiór lektury.

Muszę przyznać, że powieść nie zachwyciła mnie. Niestety nie broni się ciekawą budową, językiem, zakończeniem. Jest jednak w niej coś, co nie pozwala mi jednoznacznie jej przekreślić. Siła tej opowieści to jej klimat. Czytając ją znowu miałam wrażenie, że mam naście lat i wracam do lektur, którymi wtedy się zaczytywałam. Kiedy z wypiekami na twarzy, najczęściej w letnie dni lub w trakcie wakacyjnych podróży czytałam książki Krystyny Siesickiej czy Aleksandra Minkowskiego. Autorka pozwoliła mi znów przywołać wspomnienia o moich nieżyjących już dziadkach, odnaleźć w pamięci dobre wspomnienia. Być może rację ma również autorka bloga Krótkotrwałe zniekształcenie rzeczywistości, że jest to książka w sam raz na letni urlop w pięknym wiejskim domu otoczonym ogrodem pachnącym lawendą. Choć w trakcie, gdy wszyscy czekamy na pierwszy powiew wiosny takie książki mogą pomóc „dotelepać się” resztką sił do kresu zimy 😉

* Cytat pochodzi z wywiadu udzielonego przez Anetę Borowiec portalowi Gazeta.pl, źródło tu.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Agora S.A.

Aneta Borowiec, Wilczyce, Agora S.A., Warszawa 2012

Cykl DKK: Widma w mieście Breslau

widma-w-miec59bcie-breslau  Prawdopodobnie nie sięgnęłabym po tę książkę z własnej inicjatywy. Przyznaję, nie jestem miłośniczką kryminałów. Pomimo prób mierzenia się z klasyką tego gatunku, czyli powieściami Agathy Christie nigdy nie połknęłam przysłowiowego czytelniczego haczyka, by z wypiekami na twarzy snuć domysły: kto zabił. Książkę Marka Krajewskiego Widma w mieście Breslau przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki (w czym rzecz – na końcu postu).

 Widma… to trzecia  (po Śmierci w Breslau i Końcu świata w Breslau) część opowieści o śledztwach prowadzonych przez Eberharda Mocka- asystenta kryminalnego, pracownika Prezydium Policji Oddziału Obyczajówki. Akcja powieści rozgrywa się w 1919 roku, w przedwojennym Wrocławiu. Wszystko rozpoczyna się, gdy w pierwszych dniach września zostają odnalezione w rozlewiskach Odry pokaleczone ciała czterech młodych mężczyzn – marynarzy. Mock zostaje wciągnięty w całą sprawę, gdyż morderca wymienia go z imienia i nazwiska w liście, w którym cytując Biblię, próbuje nastraszyć go i grozi, że jeśli nie przyzna się do winy to pojawią się następne ofiary. Od tego momentu wraz z głównym bohaterem zostajemy wciągnięci w grę. Poznając kolejne części kryminalnej układanki wdzieramy się w życie półświatka Breslau, gdzie króluje zło, niejasne układy, używki, kobiety lekkich obyczajów i  mroczne sekrety. Coraz bardziej poznajemy również postać Mocka: jego historię, dzieje jego rodziny, słabość do dobrego jedzenia, alkoholu i rudowłosych kobiet.

 Od pierwszych stron powieści towarzyszyło mi wrażenie „gęstości”, zarówno w znaczeniu odebrania całego klimatu książki ale również w kwestii ilości akcji, bohaterów oraz przytoczonych opisów miejsc i przedmiotów. Ta drobiazgowość i szczegółowość autora jest godna podziwu, gdyż dzięki temu znakomicie zarysowuje on klimat tamtego czasu i miejsc. Przyznam, że nie wiem, czy realia z tamtego czasu zostały zachowane lecz uległam wrażeniu wiernej rekonstrukcji minionego świata. Z podobną starannością zostały odwzorowane lub wykreowane postacie występujące w książce. Często miałam wrażenie, że wręcz widzę poszczególne gesty osób lub słyszę kroki lakierowanych butów Mocka na brukowanych uliczkach miasta. Aż dziw, że nikt jeszcze nie pokusił się o zekranizowanie tej historii.

 Jednym z głównych bohaterów powieści Krajewski uczynił również miasto, co ciekawe opisuje je nie poprzez zabytkowe budowle lecz raczej poprzez zaułki, zapuszczone mieszkania, ciemne klatki schodowe,  zsypy. Autor nie oszczędza swoich czytelników ukazując nie tylko podłe dzielnice ale również podłości ludzkich sprawek i fizjologię ciał. Nie chcę zdradzać szczegółów zakończenia jednak muszę wspomnieć, że bardzo mnie ono rozczarowało. Wydaje się zdecydowanie niewiarygodne i „naciągane”. Chyba jednak odpowiada mi bardziej struktura kryminału umożliwiająca samodzielną dedukcję czytelnika i rozwikłanie przez niego kryminalnej zagadki. W przypadku tej książki jest to wręcz niemożliwe. Jednak zachęcam do lektury, gdyż powieść rzeczywiście wciąga, trzyma w napięciu i jest znakomitą rozrywką z pod znaku ciemnej gwiazdy.

 Wspomniałam o Dyskusyjnym Klubie Książki. Jest to inicjatywa, której patronuje Instytut Książki. Na stronie w zakładce DKK możemy sprawdzić, czy taki Klub działa również blisko naszego miejsca zamieszkana. Spotkania Klubów mają miejsce zazwyczaj w filiach bibliotek wojewódzkich (w przypadku Torunia w filiach Książnicy Kopernikańskiej), zwykle raz w miesiącu w godzinach dopasowanych do uczestników. Spotkania nie tylko są okazją do rozmowy na temat przeczytanej książki ale również szansą na poznanie nowych ludzi, którzy mieszkają w naszej okolicy. Gorąco zachęcam do włączenia się. Za miłe spotkanie dziękuję Paniom z Filii Książnicy Kopernikańskiej nr 3 i Klubowiczom 🙂

baner-dkk

Marek Krajewski, Widma w mieście Breslau, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005